- Do not stand at my grave and weep,
- I am not there; I do not sleep.
- I am a thousand winds that blow,
- I am the diamond glints on snow,
- I am the sun on ripened grain,
- I am the gentle autumn rain.
- When you awaken in the morning’s hush
- I am the swift uplifting rush
- Of quiet birds in circling flight.
- I am the soft starlight at night.
- Do not stand at my grave and cry,
- I am not there; I did not die.
piątek, 16 grudnia 2011
Mary Frye, Do not stand at my grave and weep
czwartek, 15 grudnia 2011
emocje
"Let's not forget that the little emotions are the great captains of our lives and we obey them without realizing it." ~Vincent Van Gogh, 1889
Ja jestem gdzieś całkowicie poza kontrolą moich emocji. Mam czasami wrażenie, że w moim sercu(bo ciężko mi uwierzyć, że w mózgu) siedzi sobie jakiś złośliwy chochlik i steruje mną, jak się mu podoba. Często, jak sama nazwa owego stworzonka sugeruje, robi to złośliwie i z premedytacją. Tajemnicą pozostają jedynie motywy wrednego krasnala, skrzętnie ukrywane. Ogromny wpływ na takowy stan rzeczy ma niewątpliwie mizerna komunikacja między nami; a właściwie jej brak. Nie mam z tym małym demonem żadnego kontaktu, przez co także mój wpływ na niego jest znikomy. Świadomie mogę tylko próbować zniwelować skutki poczynań owej kreatury. W przeważającej części wypadków są to żałosne próby, które niezwykle rzadko osiągają jakiś pozytywny efekt. Zazwyczaj emocje są silniejsze ode mnie i zanim zorientuję się, że poddałam się chwili, to jest za późno, żeby zweryfikować swoje poczynania. Efekt jest taki, iż ja robię coś głupiego a potem przez dłuższy czas mam depresję emocjonalną z powodu własnej nieświadomości i braku kontroli nad sobą.Mam pewne podejrzenia, że owy chochlik dogadał się świetnie z moimi hormonami i wspólnie sieją oni spustoszenie na terenie państwa pt kasia. Państwo niestety nie stać na solidne siły zbrojne, więc najeźdźcy czują się bezkarni a państwo upada.
To tak, jakbym całkiem przeciw sobie się zakochiwała, stresowała, złościła, bała, itd. To całe zakochanie to chyba największy problem, bo z każdą inną emocją jestem w stanie sobie poradzić i jako tako ją opanować(jeśli nie zaskoczy mnie za bardzo i nie jest bardzo silna). Jednak z zakochaniem...oooo tu sobie chochlik wredny używa ile wlezie. Nie wiem jak to jest ale...
Jak spotkam kogoś, kto mi sie okrrrrrponie podoba fizycznie to oczywiście jest unavailable. Totalnie out of my rich. ALE jak tylko spotkam kogoś w miarę dostępnego to niestety jest to postać całkowicie mnie nie pociągająca. Tak jakby atrakcyjność fizyczna dla mojego przypadku była totalnie poza zasięgiem. Ja nie wiem czemu ten demon w sercu tak się uparł, żeby kierować moją uwagę w stronę facetów, którzy są całkowicie poza moją ligą. To jak mechanizm autodestrukcyjny. Pogrążam się i pogrążam, za każdym razem wychodząc z takiego zakochania coraz bardziej sfrustrowana.
niedziela, 11 grudnia 2011
180 000 kilometrów przygody, Tony Halik
"Kiedy pokazuje się księżyc i zjawia się biała jak gołąb czarownica, kiedy jej różane usta rzucają na ciebie urok śmierci..."
180 000 kilometrów przygody to równocześnie 180 000 kilometrów owianych legendami i magicznymi historiami. Powróciłam do tej książki po raz drugi. Ta książka to opowieść. Ale zupełnie różna od opowieści pana Cejrowskiego. Inna a jednak równie ciekawa. Równie wciągająca. Równie przyciągająca. Tu znalazłam piękne legendy, tajemnicze historie i dawne wierzenia. Cała książka wydaje się być długą opowieścią snutą przy ognisku, pod gwiaździstym niebem w ciepłą, cichą noc. Nie ma tu filozoficznych rozmyślań nad światem, człowiekiem i jego losem. Ale są opowieści, które w magiczny sposób tłumaczą powstanie słońca i księżyca, pochodzenie świata i człowieka, sens ludzkiego cierpienia i śmierci. Dzięki tym opowieściom tamci ludzie, opisywani przez pana Halika, którzy żyją w dzikiej selwie czy na nadmorskich wybrzeżach, ludzie z ich wierzeniami i rytuałami stają się nagle tak bliscy. W tym właśnie tkwi dla mnie urok tej "opowieści"; każda opowiedziana historia czy legenda wiąże się z innym plemieniem, inną kulturą; wszystkie jednak łączą się w jedną wielką opowieść: Opowieść o życiu; o narodzinach i śmierci. A przecież każdy z nas kiedyś się rodzi i kiedyś umiera. A najbardziej jest opowieścią o miłości. Bo życie ludzkie bez miłości nie może zaistnieć. Czy to będzie miłość matki do dziecka, młodego mężczyzny i jego kochanki, boga do ludzi, człowieka do bogactwa czy dziadka do wnuka.
"Lud gwatemalski od bardzo dawnych czasów hołduje staremu przesądowi. Kiedy ktoś chce się dowiedzieć, czy będzie szczęśliwy u boku ukochanej istoty, powinien o to zapytać dwa przeciwstawne żywioły- ogień i wodę. Zakochani muszą wejść na szczyt góry położonej między wulkanem a jeziorem. Gdy się już tam znajdą, narzeczony ma zagrać na flecie i jeśli echo powtórzy muzykę, wróżba jest "korzystna". Następnie powinni obserwować powierzchnię wody. Gładka jak lustro zwiastuje małżeńskie życie pełne harmonii i pogody. Potem kobieta napełnia tykwę wodą z jeziora i daje pić mężczyźnie. Jeżeli woda jest słodka, oznacza to że mogą się pobrać, ale jeżeli ma zły smak, lepiej, aby się rozstali."
niedziela, 4 grudnia 2011
Gandhi, by D. Attenborough
"Eye for an eye, and soon the whole world is blind"
czy można być dobrym do granic wytrzymałości, czy można nie myśleć o sobie myśląc jednocześnie o każdym człowieku? zapomnieć o swoich potrzebach i żyć dla innych? czy jest szansa dla takiego śmiertelnika jak ja by moje życie było wartościowe chociaż w połowie tak Jego było? wierzę, że jest możliwość by życie każdego człowieka miało sens i by było dobre; nie wierzę by moje takie byłobycie dobrym jest bardzo trudne; wymaga wielu wyrzeczeń i stanowczej wytrwałości przy swoich zasadach; w ogóle świadomość wyznawanych wartości i ukształtowana ich hierarchia to podstawa; i tu pojawia się kolejne pytanie: na ile potrzebna jest religia by Twoje życie było naprawdę dobre? bo Gandhi żył chyba jakby obok ... oczywiście wierzył w Boga ale to nie był Bóg jakiejś konkretnej religii ale Jeden, "Wspólny";
i w ogóle co to znaczy być dobrym? czy w XXI wieku możliwe jest spotkanie osoby dobrej? czy istnieje człowiek, który w odpowiedzi na nienawiść nadstawi drugi policzek? który na zło odpowie miłością? człowiek, który umie wybaczyć największemu wrogowi, który potrafi kochać nawet tych, którzy go poniżają?
istnieje i powiem więcej ja nawet znam takie osoby; może nie dokonują tak spektakularnych dokonań jak Gandhi, ale jednak są; dla mnie są inspiracją i motywacją by walczyć o dobro, by się starać i zmieniać siebie;
moje życie to ciągła walka z przypływami i odpływami emocji i nastrojów; większość czasu poświęcam na to by się starać być dobrym co jednak mi rzadko wychodzi; mam jednak nadzieję, że nigdy nie braknie mi sił i chęci by się starać:)
film nastroił mnie do filozoficznych pytań na temat dobra i zła; może nawet nie tyle film co postać Mahatmy; obok takiej dobroci nie da się przejść obojętnie; na pewno wrócę jeszcze do Jego biografii; na razie zostają mi rozmyślania na niedzielny wieczór:)
"Zwyciężajcie nienawiść – miłością, nieprawdę – prawdą, przemoc – cierpieniem."
piątek, 2 grudnia 2011
Corpse Bride by Tim Burton
If I touch a burning candle I can feel no pain
In the ice or in the sun it's all the same
Yet I feel my heart is acheing
Though it doesn't beat it's breaking
And the pain here that I feel
Try and tell me it's not real
I know that I am dead
Yet it seems that I still have some tears to shed
In the ice or in the sun it's all the same
Yet I feel my heart is acheing
Though it doesn't beat it's breaking
And the pain here that I feel
Try and tell me it's not real
I know that I am dead
Yet it seems that I still have some tears to shed
Martwi bardziej żywi niż Żywi; magiczna opowieść o straconych marzeniach, i tych odzyskanych; przez śmierć opowiada o życiu; bardzo klimatyczny obraz, jak zawsze u Burtona;
kocham jego filmy; absolutnie wszystkie; jednak Gnijąca panna młoda jest moim ulubieńcem; śpiewający Johnny Depp, radosne szkielety swingująco-jazzowe; kości podrygujące w rytm prześlicznej muzyki; gadająca głowa frrrancuskiego kelnerrrrra; uczta dla ducha :)
środa, 30 listopada 2011
Zaułek łgarzy, Robert McLiam Wilson
"Patrzę na niebo. Niebo patrzy na mnie. (...) Kosmos zstąpił o stopień bliżej nas. Współczesne niebo jest ciasno owinięte wokół ziemi, jak bibułka na pomarańczy. Podnosząc głowę, człowiek sam nie wie, co jeszcze tam zobaczy. (...) Noc straciła dystans, tajemniczość i urok. Rozpościera się tuż nad głową, zwyczajna i nudna."
Książka inna niż wszystkie. Bardzo "rozciągnięta". Bogaty język i mnóstwo porównań. Często zbyt dosadnych. Jednak na tyle dowcipnych by nie raziły wulgarnością. Skończyłam książkę wczoraj. Dziś mi jej brakuje. Bardzo urokliwa i przesiąknięta melancholią. Londyn nocą przyciąga i zaskakuje romantyzmem.
Bliżej nieba, bliżej gwiazd, bliżej ziemi, bliżej życia. Najbliżej człowieczeństwa.
Książka inna niż wszystkie. Bardzo "rozciągnięta". Bogaty język i mnóstwo porównań. Często zbyt dosadnych. Jednak na tyle dowcipnych by nie raziły wulgarnością. Skończyłam książkę wczoraj. Dziś mi jej brakuje. Bardzo urokliwa i przesiąknięta melancholią. Londyn nocą przyciąga i zaskakuje romantyzmem.
Bliżej nieba, bliżej gwiazd, bliżej ziemi, bliżej życia. Najbliżej człowieczeństwa.
niedziela, 27 listopada 2011
kawowe paluszki
z: "Świąteczne ciasteczka"
10 g kawy ziarnistej-zmielić
1-2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej rozpuścić w łyżce gorącej wody
200 g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g cukru
cukier waniliowy
żółtko
2 łyżki mleka
100 g masła
Mąkę rozmieszać z proszkiem do pieczenia. Dodać kawę(ziarnistą i rozpuszczalną) oraz resztę składników. Wymieszać mikserem z końcówkami do mieszania(to są takie dwie spiralki) na najniższych a potem najwyższych obrotach aż składniki połączą się w taką kruszonkę. Następnie ciasto przez chwilkę zagniatać na stolnicy posypanej mąką. Ciasto podzielić na 8 części. Z każdej formować cienki wałeczek. Wałki zawinąć w folię i włożyć do lodówki na 1-2 godziny. Po czym każdy wałek podzielić na 5-6 mniejszych kawałków. Układać ciasteczka na blaszce. Piec 15-20 minut w 180 stopniach. Po wyjęciu, kiedy są jeszcze gorące, do każdego ciasteczka wcisnąć małe czekoladowe "ziarnka kawowe" albo małe kawałki czekolady. Smacznego :)
10 g kawy ziarnistej-zmielić
1-2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej rozpuścić w łyżce gorącej wody
200 g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g cukru
cukier waniliowy
żółtko
2 łyżki mleka
100 g masła
Mąkę rozmieszać z proszkiem do pieczenia. Dodać kawę(ziarnistą i rozpuszczalną) oraz resztę składników. Wymieszać mikserem z końcówkami do mieszania(to są takie dwie spiralki) na najniższych a potem najwyższych obrotach aż składniki połączą się w taką kruszonkę. Następnie ciasto przez chwilkę zagniatać na stolnicy posypanej mąką. Ciasto podzielić na 8 części. Z każdej formować cienki wałeczek. Wałki zawinąć w folię i włożyć do lodówki na 1-2 godziny. Po czym każdy wałek podzielić na 5-6 mniejszych kawałków. Układać ciasteczka na blaszce. Piec 15-20 minut w 180 stopniach. Po wyjęciu, kiedy są jeszcze gorące, do każdego ciasteczka wcisnąć małe czekoladowe "ziarnka kawowe" albo małe kawałki czekolady. Smacznego :)
Etykiety:
ciasteczka
no sweets
mam postanowienie na najbliższe 4 tygodnie: nie jem słodyczy pod żadną postacią! bardzo tego potrzebuje więc trzymam za siebie kciuki, jeszcze nie zdecydowałam czy przerwę moje kulinarne wyczyny przez ten czas, możliwe że nadal będę piec dla innych; chociaż nie wiem jak bardzo utrudni mi to mój post; przez pierwszy tydzień nie będzie różowo, ale mam kawę więc może jakoś dam radę; poza tym jestem w krk cały tydzień co znacznie ułatwia sprawę; wczoraj nie obeszło się bez pieczenia, aczkolwiek nie wiem czy gdybym wiedziała, że to moje ostatnie słodkości przed 4-tygodniowym postem to czy bym nie upiekła czegoś bardziej ekstra :)
bo to dość nowe postanowienie, dzisiejsze; tak więc wczoraj były tylko beziki i ciasto mleczne; beziki swoją drogą całkiem dobre; znalazłam przepis w mojej książce; i oczywiście pozmieniałam to i owo; no i piekłam jeszcze chleb z różnymi pysznościami w środku takimi jak otręby, płatki, ziarna; mniam
chleb był z mojego ulubionego przepisu na chlebek domowy;
oooo właśnie zamiast ciasteczek mogę przecież piec pieczywo :D genialnie;
muszę przystopować z słodkimi rzeczami i trochę się oczyścić duchowo i fizycznie; tak miesiąc przed świętami będzie idealnie, no i przed nowym rokiem; żeby go zacząć z nową, lepszą Kasią;
motto na dziś "Moc doskonali się w słabości."
bo to dość nowe postanowienie, dzisiejsze; tak więc wczoraj były tylko beziki i ciasto mleczne; beziki swoją drogą całkiem dobre; znalazłam przepis w mojej książce; i oczywiście pozmieniałam to i owo; no i piekłam jeszcze chleb z różnymi pysznościami w środku takimi jak otręby, płatki, ziarna; mniam
chleb był z mojego ulubionego przepisu na chlebek domowy;
oooo właśnie zamiast ciasteczek mogę przecież piec pieczywo :D genialnie;
muszę przystopować z słodkimi rzeczami i trochę się oczyścić duchowo i fizycznie; tak miesiąc przed świętami będzie idealnie, no i przed nowym rokiem; żeby go zacząć z nową, lepszą Kasią;
motto na dziś "Moc doskonali się w słabości."
niedziela, 20 listopada 2011
fioletowo
dzisiaj jest w fiolecie; fioletowe rajstopy, paznokcie, sukienka; fioletowo w głowie; chociaż to taki bardziej smutny fiolet; albo melancholijny; jak ja; niczego nie chce, niczego nie potrzebuję; dajcie mi wszyscy spokój i pozwólcie mi zniknąć; chciałabym czasami mieć taką umiejętność- znikania; zapadania się pod ziemie; wtapiania się w tło; a najbardziej zatapiania się w koc; kompulsywne zachowania nie prowadzą do niczego dobrego; książka nie daje pocieszenia; gotowanie zapycha pustkę, której nie da się niczym zapchać; wszystko się sypie i żaden powód żeby być i się starać nie wydaje się być wystarczającym; musiałam napisać tu bo brak english diary daje w kość; (został sobie w krk)
w rytmach kubańskich i fioletowej pogodzie kończę niedzielę;
Kolor fioletowy symbolizuje zainteresowanie sferą duchową, poszukiwanie odpowiedzi na pytania dotyczące naszego życia. Jest kolorem wolności i przestrzeni, oznacza przyjaźń i spontaniczność.
w rytmach kubańskich i fioletowej pogodzie kończę niedzielę;
Kolor fioletowy symbolizuje zainteresowanie sferą duchową, poszukiwanie odpowiedzi na pytania dotyczące naszego życia. Jest kolorem wolności i przestrzeni, oznacza przyjaźń i spontaniczność.
niedziela, 13 listopada 2011
W. Cejrowski, Rio Anaconda
"Zamykam oczy. Otwieram serce. I staję pośrodku wielkiej rzeki. W miejscu, gdzie przyszłość zamienia się w teraźniejszość. Patrzę w dal, tam skąd napływają zdarzenia, gdzie rodzą się losy ludzi..."
Książka, którą czuję...ciągle, pomimo, że już przeczytana. Najsmutniejsza. Najprawdziwsza.
Zaczarowała mnie. Pochłonęła. Niektóre książki czarują; czasem dopiero za drugim razem. Byłam tak oczarowana, że nie mogłam doczekać się następnej strony. I tak strasznie zawiedziona, gdy doszłam do ostatniej.
Wywołała wszelkie możliwe emocje, z którymi teraz zostałam sama. Tyle myśli, pytań, niezrozumienia, pokładów prawdy i okrutności, nadziei, strachu, realności, magii, światła i cienia. Znalazłam w niej wszystko, czego potrzebowałam, co lubię, co kocham w książkach.
Pan Cejrowski opowiadając czaruje. Uwielbiam jego magię.
Książka, którą czuję...ciągle, pomimo, że już przeczytana. Najsmutniejsza. Najprawdziwsza.
Zaczarowała mnie. Pochłonęła. Niektóre książki czarują; czasem dopiero za drugim razem. Byłam tak oczarowana, że nie mogłam doczekać się następnej strony. I tak strasznie zawiedziona, gdy doszłam do ostatniej.
Wywołała wszelkie możliwe emocje, z którymi teraz zostałam sama. Tyle myśli, pytań, niezrozumienia, pokładów prawdy i okrutności, nadziei, strachu, realności, magii, światła i cienia. Znalazłam w niej wszystko, czego potrzebowałam, co lubię, co kocham w książkach.
Pan Cejrowski opowiadając czaruje. Uwielbiam jego magię.
upiekłam ciasto; w ogóle ten weekend to spędziłam w kuchni, a dokładnie obok piekarnika; dużo się działo, ale na uwagę zasługuje ciasto herbaciane; bo robiłam je po raz pierwszy, bo ma smak niezidentyfikowany, bo wyszło śliczne, bo mi bardzoooo smakuje, bo się nadenerwowałam i już już miałam wyrzucić, ale postanowiłam jednak ratować, bo szkoda mi było składników; i oto jest, a właściwie to już nie ma...:)
jak je zrobić? wydawało by się, że prosto;
22 dag masła
połową szklanki cukru
cukrem waniliowym
4 jajka
1/2 filiżanki bardzo mocnego naparu herbaty earl grey
11 łyżek mąki ziemniaczanej
11 pszennej + 2 łyżki
2 łyżeczkami proszku do pieczenia
100 g rodzynek
bierzemy masła i ucieramy z połową szklanki cukru; (i tu od razu powiem, ze lepszy będzie cukier puder); wraz z cukrem waniliowym; ucieramy, ucieramy, ucieramy i gdy masa osiągnie stan idealnej puszystości, delikatności i kremowości dodajemy jajka po jednym oraz napar herbaty earl grey; ucieramy, ucieramy i dodajemy mąki z proszkiem do pieczenia; mieszamy delikatnie; rodzynki moczymy w gorącej wodzie obtaczamy w 2 łyżkach mąki pszennej; wrzucamy do ciasta; wlewamy do keksówki; pieczemy ok 50 min w 190 stopniach;
po wyjęciu i ostudzeniu polewamy lukrem; i konsumujemy
sobota, 5 listopada 2011
ciasteczka mokka
upiekłam dziś ciasteczka; ile się przy nich namęczyłam!!!bo niestety moja szpryca nie nadaje się do niczego, ale warte są zachodu najpyszniejsze, najdelikatniejsze czekoladowe ciasteczka pod słońcem:D
200 g masła należy utrzeć z 5 dag cukru pudru na puszystą masę; potem dodaje się roztopioną i ostudzoną czekoladę(ja dałam dwie tabliczki plus dwie łyżki mleka do rondelka żeby się nie przypaliło plus trzy łyżki kakao) następnie dodajemy dwie łyżki mocnego naparu kawy; kolejno wsypujemy 200 g mąki pszennej i 50 kukurydzianej(ja zastąpiłam ją ziemniaczaną); jeśli ciasto wydaje się za gęste dodajemy kawy; ciasto przekładamy do szprycy i formujemy okrągłe ciasteczka na blaszce; na każdym układamy migdała lub płatki migdałowe; pieczemy 10 min w 180 stopniach; przekładamy na kratkę i zostawiamy aby ostygły;
potem pozostaje już tylko pałaszowanie:) najpyszniejsze
200 g masła należy utrzeć z 5 dag cukru pudru na puszystą masę; potem dodaje się roztopioną i ostudzoną czekoladę(ja dałam dwie tabliczki plus dwie łyżki mleka do rondelka żeby się nie przypaliło plus trzy łyżki kakao) następnie dodajemy dwie łyżki mocnego naparu kawy; kolejno wsypujemy 200 g mąki pszennej i 50 kukurydzianej(ja zastąpiłam ją ziemniaczaną); jeśli ciasto wydaje się za gęste dodajemy kawy; ciasto przekładamy do szprycy i formujemy okrągłe ciasteczka na blaszce; na każdym układamy migdała lub płatki migdałowe; pieczemy 10 min w 180 stopniach; przekładamy na kratkę i zostawiamy aby ostygły;
potem pozostaje już tylko pałaszowanie:) najpyszniejsze
piątek, 4 listopada 2011
Targi książki
pięć lat w Krakowie i dopiero w tym roku wybrałam się na targi książki; cudowne przeżycie; nic tylko żałować dotychczasowego własnego lenistwa i głupoty; atmosfera bardzo sympatyczna; aczkolwiek troszkę dużo ludzi; i trzeba się przeciskać; ale...wszystko ma swoje ale i jak dla mnie największym "alem" tych targów był Wojciech Cejrowski; nie mam bladego pojęcia co on tam robił bo w żadnej rozpisce go nie znalazłam; i nawet się zastanawiałam czy aby nie zostać do soboty, bo jutro ma być z nim spotkanie; troszkę zawiedziona wybrałam się jednak dzisiaj; idę idę spaceruję podziwiam ogrom książek z otwartą buzią i patrzę: stoi i gada; we własnej osobie pan Cejrowski; nie mogłam przepuścić okazji i chociaż musiałam się zapożyczyć to poszłam, zakupiłam książkę i dostałam: autograf z dedykacją:DDDDDDD teraz jestem seven heaven; i długo w tym stanie pozostanę; uwielbiam tego człowieka! powoli kolekcjonuję jego książki(bardzo powoli; jestem studentką), a od dziś na mojej półeczce stanie egzemplarz szczególny...jejku... postawiłam sobie książkę na środku regału, stoi sobie tam i patrzy na mnie a ja na nią; "wiem, wiem, już się biorę za czytanie";
niesamowite, jak taka mała rzecz może człowieka ucieszyć;
w domu to już chyba mają mnie dość bo chodzę od paru godzin i jak nakręcona gadam im o tej książce; moje wnętrze skacze z radości; widziałam mojego podróżniczego guru na żywo!!! i podpisał mi książkę!!! i specjalnie dla mnie podpisał!!! wyszczerzam zęby już od paru godzin i nie umiem przestać; a tak sobie w niedziele myślałam, że bardzo bym chciała kupić sobie właśnie kolejną książkę tego autora, (bo Gringo...już mam) a tu: niespodziewajka; mam i książkę i autora spotkałam; a on taki kochanieńki jest; i był boso!!!
:DDDDDDDDDD
niesamowite, jak taka mała rzecz może człowieka ucieszyć;
w domu to już chyba mają mnie dość bo chodzę od paru godzin i jak nakręcona gadam im o tej książce; moje wnętrze skacze z radości; widziałam mojego podróżniczego guru na żywo!!! i podpisał mi książkę!!! i specjalnie dla mnie podpisał!!! wyszczerzam zęby już od paru godzin i nie umiem przestać; a tak sobie w niedziele myślałam, że bardzo bym chciała kupić sobie właśnie kolejną książkę tego autora, (bo Gringo...już mam) a tu: niespodziewajka; mam i książkę i autora spotkałam; a on taki kochanieńki jest; i był boso!!!
:DDDDDDDDDD
niedziela, 30 października 2011
Śpiąca królewna
nie wiem dlaczego, ale to jedyna baśń, która mnie niesamowicie drażni; żadna inna nie frustruje mnie tak, jak ta jedna; królewna, która aż się prosi, żeby jej przyłożyć; królewicz, który nie ma prawa istnieć; bo jakże mógłby istnieć osobnik tak nieomylny i zdeterminowany; a przy okazji niezwykle płytki;
chyba każdy zna historię starą jak świat: ona żyje z klątwą na karku; wszyscy wokół świadomi jej nieuchronnego losu likwidują wszelkie przeszkody jakie życie mogłoby postawić przed królewną; mimo wszystko księżniczka jest zdeterminowana, by wpakować się w kłopoty; i to jakie!!! ładuje się do jedynej wieży zamkowej, starej, prawie że opuszczonej; jedynej ,w której czyha niebezpieczeństwo; typical;
księciunio nie lepszy; jedyne czego mu trzeba, żeby ładować się w tarapaty to hasło:piękna księżniczka!; naiwny laluś-bo a jakże! piękny i urodziwy- rusza przez gęstwinę, by obudzić przecudnej urody, legendarną, lokalną piękność; i jakże by inaczej- od razu ciernie ustępują a on, wspaniały trafia prosto do komnaty królewny, choć po drodze leżą setki uśpionych, zamkowych piękności; ja się pytam: jak on tam trafił? jakim cudem udało mu się pominąć te setki? który facet, bez oglądania się na inne będzie zmierzał ku wybrance swego serca??? szczególnie, że wybranki owej w życiu na swe śliczne oczęta nie widział?
oczywiście zdaję sobie sprawę, że to tylko baśń, i że w baśni wszystko jest proste, jasne i klarowne; ale w każdej innej baśni główny bohater musi zapracować na to co ma; przejść jakieś trudności, dowieść swojej szlachetności itd. a tu co? królewna, której jedynym atutem jest uroda i księciunio, który jedyne czym grzeszy to urodą; bravo
uch ale mnie to drażni; nigdy więcej Śpiącej królewny....
Etykiety:
książka
niedziela, 23 października 2011
muffinki czekoladowe
takie oto muffinki zaserwowałam sobie wczoraj; muffinki czekoladowe; przepis znalazłam na blogu Book Me a Cookie; ostatnio spędzam tam mnóstwo czasu; co za tym idzie znalazłam już masę przepisów, które zamierzam wykorzystać;
zdjęcie jest niezbyt piękne i muffinka też już nadgryziona; szczerze powiedziawszy to ostatnia jaka się ostała; zanim ją pochłonęłam pomyślałam, że może utrwalę swoje dzieło; i utrwaliłam;
co do wypieku: genialny! zmodyfikowałam troszkę przepis podstawowy co okazło się strzałem w dziesiątkę :)
dodanie przyprawy do pierników sprawiło, że muffinki oszałamiają zapachem a kakao podkreśliło smak czekolady; szybkość wykonania również zachwyca; nawet moja niecierpliwość nie została wystawiona na cięższe próby- 30 minut i muffinki gotowe do jedzenia;
kto nie kocha czekolady??? ja uwielbiammmmm; na pewno owe muffinki zagoszczą jeszcze w mojej kuchni; choć zapewne nie na długo gdyż znikają w przerażającym tempie;
Składniki:
1 szkl mąki
3 łyżki cukru
1/4 szkl mleka
1 jajko
10 dag masła rozpuszczonego
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka kakao
1 łyżeczka przyprawy do piernika
czekolada gorzka
suche składniki wymieszać, w osobnej misce rozmieszać mleko, masło i jajko, połączyć suche i mokre składniki, włożyć do foremek, każdą muffinkę wyposażyć w kostkę czekolady, piec 25 min w 200 stopniach; wyjąć; ostudzić; polać przestudzoną polewą; dekoracja wg uznania;
polewa: 2 łyżki masła, 2 łyżki cukru pudru, 2 łyżki kakao, 2 łyżki mleka, wymieszać i podgrzać w rondelku az składniki się połączą
zdjęcie jest niezbyt piękne i muffinka też już nadgryziona; szczerze powiedziawszy to ostatnia jaka się ostała; zanim ją pochłonęłam pomyślałam, że może utrwalę swoje dzieło; i utrwaliłam;
co do wypieku: genialny! zmodyfikowałam troszkę przepis podstawowy co okazło się strzałem w dziesiątkę :)
dodanie przyprawy do pierników sprawiło, że muffinki oszałamiają zapachem a kakao podkreśliło smak czekolady; szybkość wykonania również zachwyca; nawet moja niecierpliwość nie została wystawiona na cięższe próby- 30 minut i muffinki gotowe do jedzenia;
kto nie kocha czekolady??? ja uwielbiammmmm; na pewno owe muffinki zagoszczą jeszcze w mojej kuchni; choć zapewne nie na długo gdyż znikają w przerażającym tempie;
Składniki:
1 szkl mąki
3 łyżki cukru
1/4 szkl mleka
1 jajko
10 dag masła rozpuszczonego
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka kakao
1 łyżeczka przyprawy do piernika
czekolada gorzka
suche składniki wymieszać, w osobnej misce rozmieszać mleko, masło i jajko, połączyć suche i mokre składniki, włożyć do foremek, każdą muffinkę wyposażyć w kostkę czekolady, piec 25 min w 200 stopniach; wyjąć; ostudzić; polać przestudzoną polewą; dekoracja wg uznania;
polewa: 2 łyżki masła, 2 łyżki cukru pudru, 2 łyżki kakao, 2 łyżki mleka, wymieszać i podgrzać w rondelku az składniki się połączą
Etykiety:
muffinki
środa, 19 października 2011
well
podliczyłam dziś książki, które w tym roku przeczytałam i muszę stwierdzić: porażka!!! nie chcę się nawet przyznawać jak mało ich było... jestem leń skończony i tyle; gdybym policzyła filmy, to proszę państwa, mogłabym być z siebie dumna...ale z książkami to się załamałam; naprawdę myślałam, że jest lepiej.... chyba zrobiłam się leniwa; pora zebrać d... w troki i zacząć czytać tak naprawdę; przecież książki to najwspanialsza rzecz pod słońcem; nie wspominając już o wszystkich wspaniałych zaletach, które posiadają i o tym wszystkim "dobrym", które dzięki nim zyskuję; dobrze, że tu w Krakowie mam tyle motywatorów wokół mnie; bardzo potrzebuje ludzi, którzy swoją energią i pomysłami mnie "podciągają", dzięki którym mi się chce;
chociaż akurat z czytaniem i oglądaniem filmów to nigdy nie miałam takich problemów, że mi się nie chce; tylko przez wakacje tak jakoś zaangażowałam swój umysł i ciało w robienie "hand made'ów", szycie i bieganie; także tego czasu na czytanie było zdecydowanie mniej i jakoś tak wychodziło, że w wolnym czasie oglądałam filmy...bleee; słabe wymówki;
no cóż: dobrze być z powrotem zmotywowaną;
wróciły mi również chęci do gotowania i pieczenia; przez wakacje to tak jakoś straciłam werwę, bo uwierzcie- u mnie w domku nikt nie docenia(a wręcz większość krytykuje) mojej inwencji kulinarnej; także po pewnym czasie przebywania w domku przestaje mi się chcieć; na szczęście gotować i piec mogę także dla innych ludzi, spoza mojej "wspaniałej, doceniającej wysiłek rodzinki";
w ten weekend zamierzam sobie troszkę popitrasić i nikt mi w tym nie przeszkodzi; zamierzam się również "otworzyć muzycznie", lubię śpiewać i choć nie bardzo umiem to nie będę się przejmować; muzyka ma być zabawą i przyjemnością a jako że zaczynam zajęcia z muzyki w tym semestrze to trzeba się będzie otworzyć czy tego chce czy nie...to lepiej się otworzyć najpierw przed rodziną i przyjaciółmi, oswoić z sytuacją a potem się otwierać przed znajomymi i grupą ćwiczeniową;
a więc SMILE i do przodu :)
chociaż akurat z czytaniem i oglądaniem filmów to nigdy nie miałam takich problemów, że mi się nie chce; tylko przez wakacje tak jakoś zaangażowałam swój umysł i ciało w robienie "hand made'ów", szycie i bieganie; także tego czasu na czytanie było zdecydowanie mniej i jakoś tak wychodziło, że w wolnym czasie oglądałam filmy...bleee; słabe wymówki;
no cóż: dobrze być z powrotem zmotywowaną;
wróciły mi również chęci do gotowania i pieczenia; przez wakacje to tak jakoś straciłam werwę, bo uwierzcie- u mnie w domku nikt nie docenia(a wręcz większość krytykuje) mojej inwencji kulinarnej; także po pewnym czasie przebywania w domku przestaje mi się chcieć; na szczęście gotować i piec mogę także dla innych ludzi, spoza mojej "wspaniałej, doceniającej wysiłek rodzinki";
w ten weekend zamierzam sobie troszkę popitrasić i nikt mi w tym nie przeszkodzi; zamierzam się również "otworzyć muzycznie", lubię śpiewać i choć nie bardzo umiem to nie będę się przejmować; muzyka ma być zabawą i przyjemnością a jako że zaczynam zajęcia z muzyki w tym semestrze to trzeba się będzie otworzyć czy tego chce czy nie...to lepiej się otworzyć najpierw przed rodziną i przyjaciółmi, oswoić z sytuacją a potem się otwierać przed znajomymi i grupą ćwiczeniową;
a więc SMILE i do przodu :)
wtorek, 11 października 2011
Neverland
weekend upłynął mi w Nibylandii; razem z Piotrusiem, Wendy i Blaszanym Dzwoneczkiem podróżowałam po świecie wyobraźni; niezwykle miłe wakacje od codzienności zafundowałam sobie czytając "Piotrusia Pana" właśnie; książka, po którą sięgnęłam po raz pierwszy dopiero teraz... no dobra po raz drugi, ale po raz pierwszy po angielsku, więc się nie liczy; bardzo sympatyczna bajka;
ostatnio w ogóle często wracam do bajek; bardzo lubię książki dla dzieci; odkąd po raz pierwszy sięgnęłam po Kubusia Puchatka świat bajek i baśni pochłonął mnie całkowicie; książki dla dzieci to dla mnie forma terapii; warto zafundować sobie taką raz na jakiś czas;
ostatnio czuję się jakoś specjalnie zmotywowana do czytania książek; mam szalony plan czytać minimum jedną książkę tygodniowo; trzymajcie kciuki i ja za siebie też będę trzymać;
uwielbiam takie małe, osobiste wyzwania:) jak sobie coś takiego obiecuję od razu czuję przypływ energii, optymizmu i nadziei; jak na razie mam zapał....zobaczymy czy słomiany; na razie dwa tygodnie minęły i dwie książki rozsmakowane; ten tydzień zaczęłam z panem Cejrowskim; oby tak dalej; powoli wraca mi chęć do ukulturalniania się i do działania;
wracając jeszcze do Piotrusia... jako dziecko znałam jedynie film i bajki telewizyjne; nigdy wcześniej po książkę nie sięgnęłam; wielka szkoda; każde dziecko doceni fantazję autora i magię Nibylandii, gdzie wszystko jest możliwe i gdzie każde dziecko znajdzie miejsce dla siebie; ja znalazłam(chociaż dziecko ze mnie raczej przerośnięte) i nie zamierzam oddawać nikomu miejscówki;
ostatnio w ogóle często wracam do bajek; bardzo lubię książki dla dzieci; odkąd po raz pierwszy sięgnęłam po Kubusia Puchatka świat bajek i baśni pochłonął mnie całkowicie; książki dla dzieci to dla mnie forma terapii; warto zafundować sobie taką raz na jakiś czas;
ostatnio czuję się jakoś specjalnie zmotywowana do czytania książek; mam szalony plan czytać minimum jedną książkę tygodniowo; trzymajcie kciuki i ja za siebie też będę trzymać;
uwielbiam takie małe, osobiste wyzwania:) jak sobie coś takiego obiecuję od razu czuję przypływ energii, optymizmu i nadziei; jak na razie mam zapał....zobaczymy czy słomiany; na razie dwa tygodnie minęły i dwie książki rozsmakowane; ten tydzień zaczęłam z panem Cejrowskim; oby tak dalej; powoli wraca mi chęć do ukulturalniania się i do działania;
wracając jeszcze do Piotrusia... jako dziecko znałam jedynie film i bajki telewizyjne; nigdy wcześniej po książkę nie sięgnęłam; wielka szkoda; każde dziecko doceni fantazję autora i magię Nibylandii, gdzie wszystko jest możliwe i gdzie każde dziecko znajdzie miejsce dla siebie; ja znalazłam(chociaż dziecko ze mnie raczej przerośnięte) i nie zamierzam oddawać nikomu miejscówki;
niedziela, 9 października 2011
keks jesienny
nigdy nie lubiłam keksów, a już w szczególności nie jesienną porą; ostatnio jednak zauważyłam, że wiele rzeczy się u mnie zmienia a moje nawyki i upodobania najbardziej; tak więc kiedy moja mama przyniosła z zakupów pachnące i kolorowe suszone ananasy, papaje i słodziutkie rodzynki zdziwiona bardzo własną zachcianką, postanowiłam upiec keksa właśnie; przeszukałam wszelkie fora i blogi kulinarne by znaleźć przepis idealny(jako, że nie miałam własnego z uwagi na wcześniejszą awersję do tego ciasta); wydawać by się mogło, że przepisów znajdę tysiąc plus jeden a tu rozczarowanie; bo mimo iż przepisów wiele, żaden mi się nie spodobał; dopiero po jakimś czasie w szale przeglądania tysięcznej strony o gotowaniu: voila! oto i on przepis idealny; prosty, szybki i ekonomiczny; zabrałam się z zapałem do kulinarnej podróży w słoneczne regiony keksowe; masełko utarło się perfekcyjnie, następnie wymieszało delikatnie z mąką, bakaliami i pianą z białek; po upieczeniu zaś ciasto zachwyciło przepięknymi kolorkami: słonecznie żółciótkim ciastem, czerwienią, pomarańczą i zielenią bakalii a także ślicznie przypieczonym złotym wierzchem; i mimo że wyszedł odrobinkę za słodki to w taki przepiękny, jesienny weekend je się go wspaniale popijając gorącą herbatką; idealnym towarzyszem tego ciasta okazuje się również książka i ciepły, polarowy kocyk; teraz jestem szczęśliwa; od czasu do czasu spoglądam przez okno na płynące po niebie ogromne, szarobure chmury i kontrastujące z nimi bordowe liście drzew, które optymistycznie mrugają do mnie z podwórka sąsiada, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru;
tak moi kochani; zaczęła się moja ulubiona pora roku- jesień; ciężko jest mi się nie zachwycać jej wspaniałościami, szczególnie jedząc słonecznego keksa;
"Słoneczny keks"
250 g margaryny
250 g cukru
250 g mąki
250 g bakalii
5 jajek
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
Margarynę ucieramy z cukrem, dodajemy po jednym żółtku, a następnie mąkę z proszkiem. Do masy wsypujemy bakalie i kolejno pianę ubitą z białek, delikatnie mieszamy. Wlewamy do foremki, nacinamy wzdłuż nożem i pieczemy w 180 stopniach ok 50 min.
Niestety nie mam zdjęcia, ale jak tylko zdobędę to wstawię. Pozostaje mi tylko życzyć smacznego.
tak moi kochani; zaczęła się moja ulubiona pora roku- jesień; ciężko jest mi się nie zachwycać jej wspaniałościami, szczególnie jedząc słonecznego keksa;
"Słoneczny keks"
250 g margaryny
250 g cukru
250 g mąki
250 g bakalii
5 jajek
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
Margarynę ucieramy z cukrem, dodajemy po jednym żółtku, a następnie mąkę z proszkiem. Do masy wsypujemy bakalie i kolejno pianę ubitą z białek, delikatnie mieszamy. Wlewamy do foremki, nacinamy wzdłuż nożem i pieczemy w 180 stopniach ok 50 min.
Niestety nie mam zdjęcia, ale jak tylko zdobędę to wstawię. Pozostaje mi tylko życzyć smacznego.
Etykiety:
ciasto
sobota, 8 października 2011
new look
zmieniłam troszkę wygląd mojego bloga:) nie wiem jeszcze czy podoba mi się tak całkiem więc można się spodziewać zmian w najbliższym czasie; wiem że ostatnio nie pisałam prawie w ogóle.... uznajmy to za moje wakacje od wszystkiego, również od bloga.... teraz jednak, gdy powróciłam do Krakowa i od nowa zachciało mi się "tworzyć" pod każdym względem, przyszedł także czas na odświeżenie tegoż miejsca; a więc DZIEŃ DOBRY
sobota, 10 września 2011
poem
Someone
looked at you
stoped
listened
gave you a hand
showed sympathy
helped
touched your soul
huged
said a good word
wiped away the tear
knocked at your door
hold the breath with excitement
counted your steps with trembling heart
gave you his/her wings
Someone
like angel or angel
[A. Górczyński, translation: my own]
looked at you
stoped
listened
gave you a hand
showed sympathy
helped
touched your soul
huged
said a good word
wiped away the tear
knocked at your door
hold the breath with excitement
counted your steps with trembling heart
gave you his/her wings
Someone
like angel or angel
[A. Górczyński, translation: my own]
poniedziałek, 4 lipca 2011
proste szczęście
ostatni weekend był koszmarem; myślałam, że wybuchnę a przynajmniej moje serce; bum bum bum; zdecydowanie chciało wyskoczyć na zewnątrz i zobaczyć świat; nie wiem jak to możliwe, ale byłam tak rozdrażniona, że nawet nie miałam ochoty oglądać filmów!!! cieszę się, że tamten tydzień to rozdział zamknięty;
piszę od niedawna pamiętnik po angielsku; miałam takie postanowienie i się udało, aczkolwiek nie tak po prostu; pewnego dnia(jakże brzydkiego i okropnego) byłam tak przygnębiona i przytłoczona brzydotą świata, że nie mając jak dać upustu złym emocjom zaczęłam pisać po angielsku(zawsze jakoś lubiłam ten język) i popłynęły słowa goryczy i rozżalenia; pomogło! jakoś łatwiej wyrazić mi to co czuję po angielsku; nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że ten język jest bardziej "emocjonalny" niż polski; może to też wynika z faktu iż nikt w domu tego pamiętnika nie przeczyta nawet jakby go znaleźli czy przypadkiem zobaczyli(nie chowam go specjalnie) bo nikt angielskim tak dobrze nie włada; więc pisze absolutnie wszystko i rzeczywiście lepsze to niż blog:) choćbym nie wiem jak się starała nie napiszę tu wszystkiego, są takie rzeczy, których wstydzę się wypowiedzieć po polsku sama przed sobą; a w pamiętniczku, w innym języku.... czemu nie:D
no ale najważniejsze jest w tym wszystkim to, że znalazłam swój sposób na "niepogodę" (a w weekend lało i to nie tylko dosłownie) oprócz DIARY mam jeszcze sprzątnie; zapomniałam o nim troszkę bo przytłoczona swoim Kłapouszeniem olewałam wszystko włącznie z gotowaniem! i sprzątaniem; ale nic to dziś rano wstałam i postanowiłam sobie posprzątać :) zrealizowałam samobójczy plan sprzątania garażu; przeżyłam i jestem z siebie dumna; taka to przyziemna rzecz a jak cieszy to sprzątanie; brakuje mi jednak Krakowa, przynajmniej towarzystwa i zapełnionego czasu; ale póki co daję radę; brnę do przodu i cieszę się z małych szczęść; (tak od dziś)
"Wiesz, Prosiaczku... miłość jest wtedy... kiedy kogoś lubimy... za bardzo." Kubuś P. :)
piszę od niedawna pamiętnik po angielsku; miałam takie postanowienie i się udało, aczkolwiek nie tak po prostu; pewnego dnia(jakże brzydkiego i okropnego) byłam tak przygnębiona i przytłoczona brzydotą świata, że nie mając jak dać upustu złym emocjom zaczęłam pisać po angielsku(zawsze jakoś lubiłam ten język) i popłynęły słowa goryczy i rozżalenia; pomogło! jakoś łatwiej wyrazić mi to co czuję po angielsku; nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że ten język jest bardziej "emocjonalny" niż polski; może to też wynika z faktu iż nikt w domu tego pamiętnika nie przeczyta nawet jakby go znaleźli czy przypadkiem zobaczyli(nie chowam go specjalnie) bo nikt angielskim tak dobrze nie włada; więc pisze absolutnie wszystko i rzeczywiście lepsze to niż blog:) choćbym nie wiem jak się starała nie napiszę tu wszystkiego, są takie rzeczy, których wstydzę się wypowiedzieć po polsku sama przed sobą; a w pamiętniczku, w innym języku.... czemu nie:D
no ale najważniejsze jest w tym wszystkim to, że znalazłam swój sposób na "niepogodę" (a w weekend lało i to nie tylko dosłownie) oprócz DIARY mam jeszcze sprzątnie; zapomniałam o nim troszkę bo przytłoczona swoim Kłapouszeniem olewałam wszystko włącznie z gotowaniem! i sprzątaniem; ale nic to dziś rano wstałam i postanowiłam sobie posprzątać :) zrealizowałam samobójczy plan sprzątania garażu; przeżyłam i jestem z siebie dumna; taka to przyziemna rzecz a jak cieszy to sprzątanie; brakuje mi jednak Krakowa, przynajmniej towarzystwa i zapełnionego czasu; ale póki co daję radę; brnę do przodu i cieszę się z małych szczęść; (tak od dziś)
"Wiesz, Prosiaczku... miłość jest wtedy... kiedy kogoś lubimy... za bardzo." Kubuś P. :)
niedziela, 19 czerwca 2011
over the gravestone
today i was on the graveyard; every year in june we have sth that is call "spring all saints day"; and these year it happens to be today; so i went to graveyard and i started to think; where my life is going to? where will i end up? off course i know that i will die one day and end up in the ground but i mean in my life.... i really need to know that my life has meaning; that i have something improtant to do; that one day i will have happy family; that i'll be great teacher; i need to know that i will feel safe and make my family feel safe with me;
basically i know that my life is in my hands; and i know that i am the one who can make me feel happy; but i'm not sure that i can do it; i don't know if i am strong enough to make right choices; to fight for my happiness; to hang on the surface of flowing water; to swim against the stream; i want to belive that i can; but i made so many bad choices, so many times i tried to be brave and be responisble for my life...unfortunatly all my choices where disasters and there seems to be noone who will be determined to stand by my side whatever my decisions are; my family seems to be sick to the back teeth with my studies and hopeless future;
so that's my mood today; quiet deathly :)
basically i know that my life is in my hands; and i know that i am the one who can make me feel happy; but i'm not sure that i can do it; i don't know if i am strong enough to make right choices; to fight for my happiness; to hang on the surface of flowing water; to swim against the stream; i want to belive that i can; but i made so many bad choices, so many times i tried to be brave and be responisble for my life...unfortunatly all my choices where disasters and there seems to be noone who will be determined to stand by my side whatever my decisions are; my family seems to be sick to the back teeth with my studies and hopeless future;
so that's my mood today; quiet deathly :)
środa, 15 czerwca 2011
pozytywizm
dziś skończyłam czytać bardzo pozytywną książkę; Spalony tost, Teri Hatcher; skąd w ogóle ta książka w mojej biblioteczce?no cóż, musiałabym zacząć od serialu Gotowe na wszystko; zanim została mi wszczepiona miłość do tego serialu nawet bym nie pomyślała, że można w tak krótkim czasie oglądnąć tyle sezonów jednego serialu i dodatkowo oglądać te odcinki po kilka razy:) teraz już wiem, że można i od dłuższego już czasu(w sumie to nie wiem jak długiego) jestem fanka desperate ;)nie czas to i miejsce po temu, by rozpisywać się na temat mojego uwielbienia tym serialem; do czego zmierzam.... Teri Hatcher gra jedną z głównych ról w Gotowych; tak więc kiedy zobaczyłam jej książkę na półce w księgarni nie mogłam się powstrzymać i kupiłam; wchłąnęłam szybciutko, jako że jest to lektura bardzo przyjemna; nie jest to jednak książka, która powala na kolana odkrywaniem prawdy o życiu; aczkolwiek ma bardzo życiowe przesłanie i wskazówki z których zawsze warto skorzystać; dodatkowo jest napisana lekko i z humorem; dla mnie dodatkowym atutem są jeszcze historie z wątkiem serialu; co zapamiętałam najlepiej? kilka spraw utkwiło mi w głowie; przede wszystkim jednak to, że codziennie dokonujemy wyborów; drobnych decyzji, które wydają nam się nieistotne; a jednak podejmując te codzienne decyzje kształtujemy nasze życie; wybieramy, podejmujemy takie a nie inne zachowania i w konsekwencji budujemy obraz siebie, ten który chcemy pokazać światu; warto się zastanowić jaką chcemy być osobą; warto dać sobie sekundę by przemyśleć co chcemy osiągnąć; jak powinniśmy postąpić, by za kilka lat patrząc wstecz na swoje życie powiedzieć: Niczego nie żałuję; jestem z siebie dumna; i tak; wiem, że to baaaaardzo trudne; ale myślę, też że warto się starać; warto przeżyć to życie refleksyjnie; nawet jeśli wybór dotyczy tego co zjem rano na śniadanie czy jak spędzę wolną godzinkę; każda nasza decyzja prowadzi nas gdzieś dalej; żyj świadomie, także po to, by nie przegapić momentów szczęścia; by móc w pełni cieszyć się tym co osiągnąłeś i uczyć się na własnych błędach; nie chcę leżąc na łożu śmierci żałować, że nie wykorzystałam wszystkich szans, jakie dostałam od życia; nie chcę się zastanawiać co by było gdyby; chce żyć tak, żebym mogła sobie powiedzieć na do wiedzenia: Kasiu, miałaś wspaniałe życie:) wiem, że to trochę drastyczne patrząc z perspektywy moich 22 lat życia; ale jeśli teraz zdam sobie sprawę z tego jak ważne są moje codzienne wybory to może zwiększę swoje szanse na szczęście;
niedziela, 12 czerwca 2011
dość dawno nic nie pisałam... nie żeby nie było co...raczej nie było kiedy; pisać nie bieżąco nie nadążam, a pisać po fakcie już nie umiem; oczywiście mogłabym pisać o niczym, ale nie warto; jak na razie wszystko mam w normie; tzn zachowania na poziomie nastolatki ciągle przejawiane; egzaminy zaliczane; bieganie też mi jakoś wychodzi, aczkolwiek mam nadzieję, że jednak będzie kiedyś lepiej i nie będę musiała czekać do 21 żeby pobiegać; nie potrafię znowu wyjść z inicjatywą, chyba już zbyt wiele razy wychodziłam i kończyło się to porażką; szkoda....
poniedziałek, 30 maja 2011
niedziela, 29 maja 2011
wiosna, ech wiosna, ostatnio chyba mnie poniosło, napisawszy poprzedniego posta i przeczytawszy go ponownie na głos załamałam się nad swoją głupotą; niesamowite, że ciągle mam problemy jak nastolatka z gimnazjum; taaak, bo naprawdę tak się czuję; nie wiem co jest z tą wiosną, że tak łatwo poddać się marzeniom; pod tym względem nie zmieniłam się nic od czasów gimnazjum, z tym że wtedy jeszcze miałam nadzieję, że będąc 20-latką nie będę mieć problemów z ich spełnianiem i ruszę do przodu, by zdobywać marzenia; a ja nadal tkwię na etapie nastolatki, której jedyną rozrywką są marzenia i "oglądanie" obiektu wzdychania; kiedy będę na tyle odważna, żeby próbować, zdobywać i cieszyć się marzeniami?; ja wiem, że wszystko w swoim czasie, ale chyba zaczynam panikować; chociaż dzisiaj jestem już bardziej pozytywnie nastawiona do życia; to jednak ciągle tkwi we mnie jakaś beznadziejność; zamiast wziąć życie w swoje ręce to czekam nie wiadomo na co;
słyszałam gdzieś, że kobieta jest na tyle szczęśliwa na ile sobie pozwoli; jeśli nie jest gotowa do miłości to będzie samotna i zgorzkniała; więc co? jestem samotna, bo nie umiem sobie pozwolić na bycie szczęśliwą? że naprawdę chcę być sama?
słyszałam gdzieś, że kobieta jest na tyle szczęśliwa na ile sobie pozwoli; jeśli nie jest gotowa do miłości to będzie samotna i zgorzkniała; więc co? jestem samotna, bo nie umiem sobie pozwolić na bycie szczęśliwą? że naprawdę chcę być sama?
poniedziałek, 23 maja 2011
i'm a looser
definitly, noone will deny; i wanted an oportunity and i had one; i could talk to him, but noooooooo!!! why would i; i'm too old, too fat and too shy, and hopless to; well; it was all very funny, becouse just yesterday i thought: it would be great if i had a chance to chat... and what happens: i'm getting in a bus and there he is; i thought i'd die wright there and i could not stop laughing, but i didn't sit next to him.... marvellously; aaah well; i think i really don't earn to be given chances; i simple blow them all;
there are other more serious problems that are multipling and my stress level is increasing very fast; i think about my future job, my summer holidays- at home they are torturing me with questions like:when you're gonne get one?; and about being alone- which really freaks me out; so i'm shaking and blowing all oportunities; bye bye happiness.
there are other more serious problems that are multipling and my stress level is increasing very fast; i think about my future job, my summer holidays- at home they are torturing me with questions like:when you're gonne get one?; and about being alone- which really freaks me out; so i'm shaking and blowing all oportunities; bye bye happiness.
sobota, 14 maja 2011
kontakty
ostatnio wzięłam w obroty swoją komunikatywność; myślę, że w moim zawodzie jest to bardzo ważna cecha; wręcz podstawowa; praca z dziećmi wymaga otwartości, uśmiechu, ciepła, życzliwości; trzeba umieć z dziećmi rozmawiać, zachęcać do aktywności; i jeśli chciałabym spojrzeć na siebie globalnie to musiałabym przyznać się do porażki...bo niestety Kasia jest wciąż nieśmiała i w kontaktach z rówieśnikami i osobami starszymi nie wykazuje jakiejś szalonej aktywności; jestem raczej małomówna, zamknięta a w większej grupie mogłabym w ogóle nie istnieć; inaczej rzecz się ma z dziećmi i ludźmi, których znam dobrze i dobrze się wśród nich czuję; gdy nie muszę się przejmować jak wypadnę i czy nie zrobię czegoś głupiego; wtedy jest ok; wtedy jestem;
tak oto rozwiązałam swój konflikt wewnętrzny: jak pogodzić swoją niekontaktowość z przyszłym zawodem? długo się ze sobą męczyłam, ale w końcu z pomocą niejako niezamierzoną udało mi się;
poza tym ciągle pracuję nad sobą, ciągle toczę bitwy ze swoją nieśmiałością; ale mam obok siebie kogoś kto mnie bardzo motywuje... my friend, która będąc bardzo "jak ja" zaczęła prace jako barmanka... ciągle podziwiam odwagę i samozaparcie;
tak oto rozwiązałam swój konflikt wewnętrzny: jak pogodzić swoją niekontaktowość z przyszłym zawodem? długo się ze sobą męczyłam, ale w końcu z pomocą niejako niezamierzoną udało mi się;
poza tym ciągle pracuję nad sobą, ciągle toczę bitwy ze swoją nieśmiałością; ale mam obok siebie kogoś kto mnie bardzo motywuje... my friend, która będąc bardzo "jak ja" zaczęła prace jako barmanka... ciągle podziwiam odwagę i samozaparcie;
poniedziałek, 9 maja 2011
wtorek, 3 maja 2011
myśl wyrafinowana
"Kiedy jesteście zmęczeni i źli, wtedy kiedy dzieci są nieznośne i wyprowadzają was z równowagi, wtedy kiedy gniewacie się i krzyczycie, wtedy, kiedy chcecie karać w uniesieniu - pamiętajcie o zalęknionym, szybko bijącym sercu dziecka."
Korczak
poniedziałek, 2 maja 2011
qchnia
Chleb
1 litr wody
1 kg mąki
1 łyżka soli
1 łyżka cukru
10 dag drożdży
szkl płatków owsianych
garść ziaren słonecznika
garść ziaren dyni
garść siemienia lnianego
w wodzie letniej rozpuścić drożdże razem z solą i cukrem; mąkę wymieszać z pozostałymi składnikami; dodać wodę z drożdżami, wyrobić ciasto (moje było dość rzadkie więc proszę się nie przejmować- takie ma być, potem chlebek będzie taki "mokry"); odstawić aż wyrośnie- ok 30 minut; przełożyć do foremki(keksówka) wyłożonej papierem do pieczenia i wysypanej płatkami bądź otrębami; posypać ziarnami dodatkowo można; piec ok 1h w 180 stopniach :)
qchnia
Mufinki czekoladowe
2 szkl mąki
3/4 szkl cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
2 jajka
szkl mleka
100 g stopionego masła
tabliczka czekolady
Mąkę, cukier, proszek, sól i rozdrobnioną czekoladę mieszamy w misce nr 1;
w misce nr 2 mieszamy jajka, mleko i masło;
niedziela, 1 maja 2011
KATARZYNA
NEGATYWNIE:
TYP: Nerwowe choleryczki, bardzo pobudliwe. Łatwo tracą zimną krew. Są wyniosłe i sprawiają wrażenie osób " w pretensjach ". W prawdzie - niczym ich totem - łabędź - wydają się dumne i pogardliwe, ale w rzeczywistości są niespokojne i niepewne.PSYCHIKA: Są inteligentne, wiedzą o tym i dają to odczuć innym. Mają wyraźną skłonność do odnoszenia wszystkiego do siebie, są subiektywne. Ogólnie biorąc, mają raczej trudny charakter, ale są pełne życia.
WOLA: Raczej dobra, ale nie starcza jej, by doprowadzić rzecz do końca. Wówczas przybierają pozę obrażonej damy i wycofują się z działania ze znudzoną miną.
POBUDLIWOŚĆ: Zbyt duża, by zostawić im czas na refleksję. Zgryźliwe albo raniące uwagi padają wówczas z tych uroczych usteczek.
ZDOLNOŚĆ REAKCJI: Ich wybuchy gniewu zbijają z tropu i szokują, gdyż ich mniej czy bardziej uświadomionym celem jest ranienie i niszczenie.
AKTYWNOŚĆ: Dość słaba, ale ich dynamizm jest tak duży, że sprawiają wrażenie osób niezastąpionych. Brak im wytrwałości, nieraz chwytają dwie sroki za ogon. Są doskonałymi dziennikarkami, pracownicami reklamy, działaczkami.
INTUICJA: Całkiem zagłuszona przez intelektualny aspekt ich osobowości.
INTELIGENCJA: Uważają się za nadzwyczaj inteligentne, a innych mają za kretynów. Chociaż w życiu spotyka je wiele porażek, nigdy nie wątpią w siebie i zawsze są z siebie bardzo zadowolone.
UCZUCIOWOŚĆ: Bardzo nerwowa, impulsywna i co tu ukrywać - egoistyczna. ślepo ufają swej inteligencji, która nie zawsze jest tak wielka, jak to sobie wyobrażają.
MORALNOŚĆ: Zależy od okoliczności i wydarzeń. Należy wpoić im za młodu silne zasady moralne, aby przeciwdziałać skłonności do panowania nad otoczeniem. Doskonale znoszą porażki, zwalając winę na innych.
ZDROWIE: Chwiejne, zbyt podlegające psychice. Wrażliwy system nerwowy. Łatwo się męczą. Potrzebują dużo wypoczynku i snu.
ZMYSŁOWOŚĆ: Katarzyny żyją w masce obojętności i pogardy, trudno jest im ją porzucić. Stąd wiele nieporozumień, nieraz bolesnych. Przyszłego partnera tak idealizują, że spotkanie go kiedykolwiek jest mało prawdopodobne.
DYNAMIZM: Graniczy z agresywnością. Te kobiety potrzebują do życia sukcesów.
TOWARZYSKOŚĆ: Lubią otaczać się ludźmi, łącząc przyjemne z pożytecznym. Ich salon nieraz stanowi przedłużenie biura.
PODSUMOWANIE: Te kobiety a zwłaszcza dziewczęta powinny zastanowić się nad symbolizmem łabędzia, którego niezaprzeczalne piękno i wdzięk kryją oschłość serca i brak zrozumienia dla innych, z którymi to cechami zawsze można podjąć walkę.
POZYTYWNIE:
Imię to, od wieków należące do najpopularniejszych pochodzi od greckiego słowa katharos- 'czysty ', 'bez skazy', oznacza więc: 'czysta', 'dziewicza'. W Polsce występowało już w średniowieczu. Nosiły je zarówno królowe, jak i wiejskie dziewczyny.
Katarzynę los na ogół obdarza jakimś dużym talentem - naukowym, sportowym, artystycznym, a także silną motywacją do jego rozwijania. Jednak często ma ona problemy z nawiązywaniem kontaktów towarzyskich, bo ludzie czują, że nie mogą się z nią równać.
Jest osobą bardzo wrażliwą, a na swoim punkcie wręcz przewrażliwioną. Czasem odnosi się wrażenie, że uważa się za centrum świata. Ale ona wcale nie czerpie z tego przyjemności. Budzi to w niej jedynie poczucie zagrożenia, niepewności, chęć schronienia się w bezpiecznej kryjówce.
W związkach z mężczyznami stawia na wierność i lojalność. Kiedy czuje się dla kogoś ważna, rezygnuje ze swoich potrzeb czy upodobań. A już zupełnie zapomina o sobie, gdy na świecie pojawiają się dzieci. Wszelkie jej talenty, ambicje, pasje nie znaczą nic w porównaniu z dobrym samopoczuciem latorośli.
Katarzyna to osoba godna podziwu, szacunku i uznania. Jest, bowiem szlachetna, prostolinijna, stała w przekonaniach, pracowita, skrupulatna. Katarzyna nie znosi osób dwulicowych, krętaczy i kłamców. Ma duże uzdolnienia artystyczne oraz dar opanowania wiedzy, dlatego może odegrać poważna rolę w życiu naukowym. Oddana domowi, mężowi i kocha dzieci całym swym dobrym sercem. Lubi przyrodę, podziwia sztuki teatralne, daje przykład jak zdobywać wiedzę.
Opis w/g Tarota: Katarzynę od dzieciństwa otacza spore grono przyjaciół. Ta pełna radości i optymizmu osoba potrafi każdego wesprzeć duchowo. Doskonale radzi sobie w szkole, na studiach, a później w pracy. Jest silna fizycznie. Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych - sprosta każdemu wyzwaniu. Może być świetnym sportowcem lub wspaniałą pielęgniarką.
Droga życiowa w/g Tarota: Katarzyna znakomicie nadaje się do każdej pracy wymagającej skupienia, zwłaszcza naukowej.
PRAWDA:
Greckie słowo, od którego utworzono imię Katarzyna, brzmiało: *katharos* ("czysty, prawy, bez skazy"). Tuż obok w słowniku widzimy podobne słowo: *kathaireo* ("burzę, zabijam"). Jest to jednym z przejawów zjawiska polegającego na tym, że w imieniu tym siły budujące, tworzące łączą się z niszczącymi.
Liczba tego imienia wynosi sześć. Chciałoby się powiedzieć "na szczęście", gdyż szóstka to liczba harmonii i równowagi. Dzięki jej wpływom Katarzyny mogą sobie poradzić z kapryśnymi energiami, które związane są z ich imieniem.
Katarzyny w większym stopniu niż przedstawicielki innych imion (a na pewno w większym stopniu niż pozostałe numerologiczne szóstki) odczuwają przeciwieństwa tkwiące w ich duszy. Zanim dokonają ostatecznych wyborów w życiu, często myślą o rzeczach niemożliwych do pogodzenia. Pociąga je wolność, ale są też przywiązane do wspomnień i pamiątek. Pragną być samodzielne, ale czują potrzebę pomocy ze strony kogoś o silniejszej osobowości. Pociąga je nowa moda i nowe style życia, a jednocześnie boją się postępować inaczej, niż uczyły mamy czy babcie. Po mniej lub bardziej niespokojnej i burzliwej młodości zaczynają przeważać wpisane w to imię wpływy harmonijnej liczby SZEŚĆ i Katarzyna stopniowo staje się zwolenniczką porządku, jasnych reguł życiowej gry, a nawet zaczyna się skłaniać ku tradycji i pewnemu konserwatyzmowi. W przeciwieństwie jednak do innych szóstek, które łatwo się godzą na tradycyjną rolę kobiety, Katarzyny nie czują się do końca "udomowione", lubią demonstrować swoją niezależność i wolność poglądów. Dlatego też drażnią je wszelkie "pierniczki Katarzynki" czy "margaryna Kasia". Zwykle imię to jest wskaźnikiem dużej inteligencji i żywego umysłu. Katarzynom z natury wiedza łatwo wchodzi do głów, choć mogą się bronić przed etykietą prymuski i intelektualistki. W ogóle natura Katarzyn jest kapryśna i często nieobliczalna; najlepiej rozwijają się u boku silnych mężczyzn, którzy dają im poczucie bezpieczeństwa.!!!
Imię Katarzyna najbardziej jest odpowiednie dla znaków Merkurego, czyli dla Panny i Bliźniąt; dobrze oddaje ono ich wielostronność i niechęć do jednoznacznego wpisania się w pewną rolę.
gorzko
w środę po raz drugi w mojej karierze prowadziłam zajęcia, na podstawie scenariusza przygotowanego na zajęciach; bardzo się ucieszyłam, że wypadło na mnie, bo pomyślałam, że to dobry sprawdzian dla moich umiejętności; no i pewna forma przełamania swojego strachu przed publicznymi wystąpieniami; i bardzo podobał mi się scenariusz; wydawało mi się, że to dobra zabawa będzie; w ogóle- bardzo się cieszyłam;
jak się okazało niepotrzebnie... prowadziłam te zajęcia z koleżanką; dość wprawioną w pracy z dziećmi i dość, taką, no... energiczną; i właśnie tego aspektu nie brałam pod uwagę; albo inaczej nie myślałam, że może okazać się on problemem; zaczęłyśmy prowadzić zajęcia i już na dzień dobry okazało się, że nie umiem dzieciom czytać... czytam za szybko i niezrozumiale; buuu
poprawiłam się więc, ale już zestresowana brnęłam dalej; koleżanka obok świetnie sobie radziła i niestety to stresowało mnie jeszcze bardziej; kolejny zarzut: moje polecenia są niezrozumiałe dla dzieci(wszystkie komentarze padały ze strony naszej pani profesor), kolejne buuu
ale nic to zaczęły się tańce, krakowiaki, malowanie, pomyślałam, "zbliżamy się do końca, nie było tak źle... " błąd! najgorsze było przede mną; usłyszałam, że jestem sztywna i spięta...a do dzieci trzeba być na luzie; buu po raz trzeci; do końca zajęć pałeczkę przejęła koleżanka;
pozostało mi jedynie robić dobrą minę do złej gry; po skończonych zajęciach odetchnęłam z ulgą...kolejny błąd! dzień nastęny przyniósł kolejne porażki; na forum grupy zostałam oceniona, jako sztywna, mało komunikatywna, smutna... na początku nikt oczywiście nie chciał się wypowiadać... jedna z moich dziewczynek nie mogąc wymyślić nic pozytywnego skomentowała mój żałosny występ stwierdzeniem, że koleżanka z którą prowadziłam zajęcia ma bardziej donośny głos i mnie przyćmiła! nic więcej, tylko tyle! nic godnego uwagi, w ogóle to nie chciała mówić nic na początku, ale później jednak zdobyła się na te kilka słów; powiem szczerze: zabolało, myślałam, że może troszkę litości mi okażą... a tak nasłuchałam się "słodkości" o sobie na forum całej grupy, a dodatkowo poczułam się taka samotna; bez wsparcia ze strony osób, na które liczyłam; po zajęciach jedyny komentarz jaki usłyszałam to pytanie jak się czułam jak mnie oceniali, tak na forum.... osoby, które ledwie znam potrafiły wykrzesać z siebie kilka ciepłych słów...
na pocieszenie pozostają mi jedynie słowa pani prof, iż mam predyspozycje do bycia nauczycielką; ale cóż znaczą predyspozycje.... predyspozycje to coś co nie bardzo zależy odemnie;
ciekawe ile osób pomyślało sobie, że jestem beznadziejna i się nie nadaję do tego co chce robić.... tak bardzo brakuje mi osoby, do której mogłabym pójść i wszystko powiedzieć, wyrzucić z siebie cały smutek tamtego dnia; i przede wszystkim usłyszeć, żebym się nie martwiła, że będę wspaniałą nauczycielką, że na pewno się do tego nadaję i że jedne zajęcia nie są wyrokiem...
a tak czuję się gorsza, i odniosłam wrażenie, że dziewczyny na pewno poradziłyby sobie lepiej, i one też tak myślą; dlatego nie rozmawiałam z nikim tylko pisze tutaj; bo czuję, że jestem dla nich tą gorszą, tą, która skończyła resocjalizację i nie nadaje się do pracy z dziećmi; i która nie zasługuje nawet na to, żeby powiedzieć jej w twarz, co tak naprawdę się o niej myśli.....
where's my kindred spirit?
jak się okazało niepotrzebnie... prowadziłam te zajęcia z koleżanką; dość wprawioną w pracy z dziećmi i dość, taką, no... energiczną; i właśnie tego aspektu nie brałam pod uwagę; albo inaczej nie myślałam, że może okazać się on problemem; zaczęłyśmy prowadzić zajęcia i już na dzień dobry okazało się, że nie umiem dzieciom czytać... czytam za szybko i niezrozumiale; buuu
poprawiłam się więc, ale już zestresowana brnęłam dalej; koleżanka obok świetnie sobie radziła i niestety to stresowało mnie jeszcze bardziej; kolejny zarzut: moje polecenia są niezrozumiałe dla dzieci(wszystkie komentarze padały ze strony naszej pani profesor), kolejne buuu
ale nic to zaczęły się tańce, krakowiaki, malowanie, pomyślałam, "zbliżamy się do końca, nie było tak źle... " błąd! najgorsze było przede mną; usłyszałam, że jestem sztywna i spięta...a do dzieci trzeba być na luzie; buu po raz trzeci; do końca zajęć pałeczkę przejęła koleżanka;
pozostało mi jedynie robić dobrą minę do złej gry; po skończonych zajęciach odetchnęłam z ulgą...kolejny błąd! dzień nastęny przyniósł kolejne porażki; na forum grupy zostałam oceniona, jako sztywna, mało komunikatywna, smutna... na początku nikt oczywiście nie chciał się wypowiadać... jedna z moich dziewczynek nie mogąc wymyślić nic pozytywnego skomentowała mój żałosny występ stwierdzeniem, że koleżanka z którą prowadziłam zajęcia ma bardziej donośny głos i mnie przyćmiła! nic więcej, tylko tyle! nic godnego uwagi, w ogóle to nie chciała mówić nic na początku, ale później jednak zdobyła się na te kilka słów; powiem szczerze: zabolało, myślałam, że może troszkę litości mi okażą... a tak nasłuchałam się "słodkości" o sobie na forum całej grupy, a dodatkowo poczułam się taka samotna; bez wsparcia ze strony osób, na które liczyłam; po zajęciach jedyny komentarz jaki usłyszałam to pytanie jak się czułam jak mnie oceniali, tak na forum.... osoby, które ledwie znam potrafiły wykrzesać z siebie kilka ciepłych słów...
na pocieszenie pozostają mi jedynie słowa pani prof, iż mam predyspozycje do bycia nauczycielką; ale cóż znaczą predyspozycje.... predyspozycje to coś co nie bardzo zależy odemnie;
ciekawe ile osób pomyślało sobie, że jestem beznadziejna i się nie nadaję do tego co chce robić.... tak bardzo brakuje mi osoby, do której mogłabym pójść i wszystko powiedzieć, wyrzucić z siebie cały smutek tamtego dnia; i przede wszystkim usłyszeć, żebym się nie martwiła, że będę wspaniałą nauczycielką, że na pewno się do tego nadaję i że jedne zajęcia nie są wyrokiem...
a tak czuję się gorsza, i odniosłam wrażenie, że dziewczyny na pewno poradziłyby sobie lepiej, i one też tak myślą; dlatego nie rozmawiałam z nikim tylko pisze tutaj; bo czuję, że jestem dla nich tą gorszą, tą, która skończyła resocjalizację i nie nadaje się do pracy z dziećmi; i która nie zasługuje nawet na to, żeby powiedzieć jej w twarz, co tak naprawdę się o niej myśli.....
where's my kindred spirit?
niedziela, 24 kwietnia 2011
one dream
i don't know what have happened; but this Easter i felt something new; some new need, or instinct some may say; in brief: i want to be a mum; now i am sure! i always knew that i want to have baby, that one day i'll be mummy; but now.... it's all diferent; i never knew i could really, really crave baby; i felt it with every cell of my body; everything in me was screaming; i was shocked, still am; this Eater i found out my vocation: i'm gonne be mother; best of all; and wife loving and carieng for her family;
you may ask: where, why, when did i feel this.... well if i'm supose to be honest i must say that there is someone that inspired me.... before any questions appears: i don't have boyfriend and i don't know that "inspiration" personally, but he definitly exist and he's totally my type; and i think thinging and looking at him might have helped; but still i can't say for sure; there is only one thing i'm sure of: i was made to be a mother, motherhood is my fulfilment;
well about english...whole weekend is in english...latly i even think in english...:)
you may ask: where, why, when did i feel this.... well if i'm supose to be honest i must say that there is someone that inspired me.... before any questions appears: i don't have boyfriend and i don't know that "inspiration" personally, but he definitly exist and he's totally my type; and i think thinging and looking at him might have helped; but still i can't say for sure; there is only one thing i'm sure of: i was made to be a mother, motherhood is my fulfilment;
well about english...whole weekend is in english...latly i even think in english...:)
czwartek, 21 kwietnia 2011
najpierw muffinki: budyniowe tym razem:
3 jajka
1 i 1/2 szkl mąki
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
szkl cukru
1/2 kostki masła
kubek mały jogurtu vel śmietany
szkl mleka
opakowanie budyniu
1 i 1/2 łyzeczki kakao
mąkę, proszek, cukier, kakao i sól wymieszać w misce; w drugiej misce wymieszać: stopione masło, jogurt i jajka roztrzepane wcześniej widelcem; następnie do miski z suchymi produktami wlewamy mokre ingrediencje; mieszamy coby zostały grudki; teraz gotujemy budyń w szklance mleka!!! papilotki napełniamy ciastem(1 łyżka) dalej łyżka budyniu i znów łyżka ciasta; pieczemy ok 20 minut; powinny być złote;) zostawiamy je na w foremce aż wystygną; potem delikatnie przekładamy na tacę talerz czy co tam mamy i posypujemy cukrem pudrem, ew lukrujemy i ozdabiamy(ja jestem zwolenniczką drugiego sposobu)
no to by było na tyle jeśli idzie o gotowanie, chciałabym dziś napisać o czymś więcej.... i chyba właśnie zmieniłam koncepcję; nie dzisiaj nic więcej nie napiszę; i niech się świat zawali; ja niczego nie potrzebuję!!!
3 jajka
1 i 1/2 szkl mąki
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
szkl cukru
1/2 kostki masła
kubek mały jogurtu vel śmietany
szkl mleka
opakowanie budyniu
1 i 1/2 łyzeczki kakao
mąkę, proszek, cukier, kakao i sól wymieszać w misce; w drugiej misce wymieszać: stopione masło, jogurt i jajka roztrzepane wcześniej widelcem; następnie do miski z suchymi produktami wlewamy mokre ingrediencje; mieszamy coby zostały grudki; teraz gotujemy budyń w szklance mleka!!! papilotki napełniamy ciastem(1 łyżka) dalej łyżka budyniu i znów łyżka ciasta; pieczemy ok 20 minut; powinny być złote;) zostawiamy je na w foremce aż wystygną; potem delikatnie przekładamy na tacę talerz czy co tam mamy i posypujemy cukrem pudrem, ew lukrujemy i ozdabiamy(ja jestem zwolenniczką drugiego sposobu)
no to by było na tyle jeśli idzie o gotowanie, chciałabym dziś napisać o czymś więcej.... i chyba właśnie zmieniłam koncepcję; nie dzisiaj nic więcej nie napiszę; i niech się świat zawali; ja niczego nie potrzebuję!!!
Twinkle, twinkle, little star,
How I wonder what you are!
Up above the world so high,
Like a diamond in the sky!
How I wonder what you are!
Up above the world so high,
Like a diamond in the sky!
środa, 13 kwietnia 2011
na poczekaniu
bycie mną to ciężka sprawa; jak zwykle autoanaliza; i ciągle ten sam problem; tylko, że tym razem naprawdę; dzisiaj wielka krecha pojawiła się na moim serduchu; właściwie to było tam już jakiś czas takie małe zadraśnięcie; wiedziałam, że nie jestem najważniejsza, jedyna, niezastąpiona; wiedziałam, że nigdy nie będę idealna; wiedziałam, że nie dorównuje ideałowi; ale też łudziłam się, że może coś znaczę, że jestem w jakimś sensie ważna, i że znaczę coś więcej; a jednak;
dziś zrozumiałam a raczej dostałam w twarz; tym co powinno być dla mnie oczywiste od początku: jestem tylko w zastępstwie, na poczekaniu; jako przerywnik, "wypełniacz"(jeśli istnieje takie określenie); dziś poczułam się taka niepotrzebna; chciałabym mieć coś, co mogę przeżywać na 100%; czy naprawdę nie jestem stworzona do tego by przeżyć miłość; przyjaźń taką naprawdę głęboką, szczerą i wzajemną??? czy już zawsze będę "przystawką"? czy zawsze będę tym zefirkiem? czemu nie mogę być huraganem? wiatrem, który wieje z ogromną siłą i który porywa ludzi; może powinnam przestać się przywiązywać do ludzi i żyć złudzeniami? może powinnam dać sobie spokój z szukaniem stałości; której tak bardzo potrzebuję;
skoro nie jestem w stanie być przyjaciółką to zapewne też nie jestem w stanie być w związku? może jestem po prostu z tych osób, które całe życie są sami; i nie da się ich pokochać;
wciskam się jako substytut; jak gazeta, którą czytasz w poczekalni; interesująca na moment, jako zapychacz; ale wiesz, że za chwilę przyjdzie ktoś ważny; stanie się coś CIEKAWEGO; i kiedy ten ktoś lub coś nadchodzi gazeta odchodzi w zapomnienie;
i może kiedyś jeszcze do niej wrócisz; bo spodobał ci się artykuł, ale przecież nie na długo; w końcu większość przeczytałeś już w przelocie czekając na coś WAZNIEJSZEGO
przepraszam za swoją nijakość; za nieidealność; za brak spontaniczności; za ponurowatość; za brzydkie miny; za brak zrozumienia; za ograniczanie Ciebie;
lepsza nie będę;
dziś zrozumiałam a raczej dostałam w twarz; tym co powinno być dla mnie oczywiste od początku: jestem tylko w zastępstwie, na poczekaniu; jako przerywnik, "wypełniacz"(jeśli istnieje takie określenie); dziś poczułam się taka niepotrzebna; chciałabym mieć coś, co mogę przeżywać na 100%; czy naprawdę nie jestem stworzona do tego by przeżyć miłość; przyjaźń taką naprawdę głęboką, szczerą i wzajemną??? czy już zawsze będę "przystawką"? czy zawsze będę tym zefirkiem? czemu nie mogę być huraganem? wiatrem, który wieje z ogromną siłą i który porywa ludzi; może powinnam przestać się przywiązywać do ludzi i żyć złudzeniami? może powinnam dać sobie spokój z szukaniem stałości; której tak bardzo potrzebuję;
skoro nie jestem w stanie być przyjaciółką to zapewne też nie jestem w stanie być w związku? może jestem po prostu z tych osób, które całe życie są sami; i nie da się ich pokochać;
wciskam się jako substytut; jak gazeta, którą czytasz w poczekalni; interesująca na moment, jako zapychacz; ale wiesz, że za chwilę przyjdzie ktoś ważny; stanie się coś CIEKAWEGO; i kiedy ten ktoś lub coś nadchodzi gazeta odchodzi w zapomnienie;
i może kiedyś jeszcze do niej wrócisz; bo spodobał ci się artykuł, ale przecież nie na długo; w końcu większość przeczytałeś już w przelocie czekając na coś WAZNIEJSZEGO
przepraszam za swoją nijakość; za nieidealność; za brak spontaniczności; za ponurowatość; za brzydkie miny; za brak zrozumienia; za ograniczanie Ciebie;
lepsza nie będę;
rozbiłam swój ulubiony kubek; nie dość, że ulubiony, to jeszcze prezent; to była taka mega filiżanka pozytywnie w pomarańczowe kropki; na każdy płyn idealna; czy ja się zbytnio do rzeczy nie przywiązuje? tylko, że to nie była tylko filiżanka; to były wspomnienia! sentymentalizm dalej się mnie mocno trzyma;
a tak w ogóle to zamiast się uczyć to pisze bloga; wyrzuty sumienia mam; ale co tam... pracę napiszę w końcu a życie mam tylko jedno;
czytałam ostatnio felietony pani Szczepkowskiej; w jednym z nich autorka pisała o wspomnieniach; to co najważniejsze w naszym życiu, to co wspominamy u jego kresu, to wcale nie praca; to chwile, właściwie przelotne; błahe momenty, z których składa się nasz świat codzienny; kiedy myślisz o najbardziej wartościowej chwili swojego życia; czy myślisz o godzinach, które spędzasz nad nauką albo w pracy? nie wydaje mi się; wszelkie sukcesy i osiągnięcia życia dla mnie związane są z życiem rodzinnym i ogólnie społecznym; wszelkie wspaniałe momenty to te, które spędziłam z bliskimi mi osobami; i nic tu do tego nie miała moja nauka; więc: nie powinnam sobie wyrzucać tego, że nie siedzę całymi dniami nad książkami(no przynajmniej nie nad tymi, nad którymi powinnam) wręcz przeciwnie: cieszyć się z życia; robić to na co mam ochotę i basta! za mało czytam tych książek; zdecydowanie;
"Kiedy przeczytam nową książkę, to tak jakbym znalazł nowego przyjaciela, a gdy przeczytam książkę, którą już czytałem - to tak jakbym spotkał się ze starym przyjacielem."
a tak w ogóle to zamiast się uczyć to pisze bloga; wyrzuty sumienia mam; ale co tam... pracę napiszę w końcu a życie mam tylko jedno;
czytałam ostatnio felietony pani Szczepkowskiej; w jednym z nich autorka pisała o wspomnieniach; to co najważniejsze w naszym życiu, to co wspominamy u jego kresu, to wcale nie praca; to chwile, właściwie przelotne; błahe momenty, z których składa się nasz świat codzienny; kiedy myślisz o najbardziej wartościowej chwili swojego życia; czy myślisz o godzinach, które spędzasz nad nauką albo w pracy? nie wydaje mi się; wszelkie sukcesy i osiągnięcia życia dla mnie związane są z życiem rodzinnym i ogólnie społecznym; wszelkie wspaniałe momenty to te, które spędziłam z bliskimi mi osobami; i nic tu do tego nie miała moja nauka; więc: nie powinnam sobie wyrzucać tego, że nie siedzę całymi dniami nad książkami(no przynajmniej nie nad tymi, nad którymi powinnam) wręcz przeciwnie: cieszyć się z życia; robić to na co mam ochotę i basta! za mało czytam tych książek; zdecydowanie;
"Kiedy przeczytam nową książkę, to tak jakbym znalazł nowego przyjaciela, a gdy przeczytam książkę, którą już czytałem - to tak jakbym spotkał się ze starym przyjacielem."
czwartek, 7 kwietnia 2011
byłam w teatrze! o tak; byłam i to na musicalu zrobionym z klasyki; śluby panieńskie się zwie; główne pytanie: czy się mi podobało?; otóż: tak, podobało mi się bardzo; ja w ogóle lubię musicale; ale to nie o formę chodzi; bardziej o aktorów...mhmm... i ich grę; rzadko chodzę do teatru, więc samo wydarzenie jest dla mnie przyjemnym; miło jest ładnie się ubrać, ogarnąć troszkę swoją codzienność, zasiąść w fotelu i..... odpłynąć w świat wyższej kultury;
zdecydowanie chciałabym częściej móc uczestniczyć w takowych wydarzeniach; trzeba by coś z tym zrobić; ogólnie to jakiś fajny ten dzień dzisiejszy; udane zakupy, miłe rozmowy, kulturalne wrażenia... żyć nie umierać(no może blokada łazienki/-współlokatorka/ jakiej doświadczam burzy ład dzisiejszego dnia, ale na to jedno uchybienie mogę przymknąć oko); tak więc... pozytywnie naładowana kończę ten dzień by zabrać się za odnowę ciała i ducha najpierw pożyteczną lekturą, następnie oczyszczającym prysznicem a kolejno wyciszającym i regenerującym snem;
należy mi się; dzisiaj duuuużo chodziłam; spacerki dalekosiężne robiłam; czuję się taka fit; no a w mojej nowej sukienczynie... bossko; dziś mogę powiedzieć, że lubię siebie i swoje ciało też, co rzadko mogę powiedzieć...chyba zaczynam się lubić;)
na tym pozytywnym aspekcie zakończę moje rozważania i oddam słodkiemu nic-nierobieniu; ew wykurzaniu współlokatorki z łazienki ;)
zdecydowanie chciałabym częściej móc uczestniczyć w takowych wydarzeniach; trzeba by coś z tym zrobić; ogólnie to jakiś fajny ten dzień dzisiejszy; udane zakupy, miłe rozmowy, kulturalne wrażenia... żyć nie umierać(no może blokada łazienki/-współlokatorka/ jakiej doświadczam burzy ład dzisiejszego dnia, ale na to jedno uchybienie mogę przymknąć oko); tak więc... pozytywnie naładowana kończę ten dzień by zabrać się za odnowę ciała i ducha najpierw pożyteczną lekturą, następnie oczyszczającym prysznicem a kolejno wyciszającym i regenerującym snem;
należy mi się; dzisiaj duuuużo chodziłam; spacerki dalekosiężne robiłam; czuję się taka fit; no a w mojej nowej sukienczynie... bossko; dziś mogę powiedzieć, że lubię siebie i swoje ciało też, co rzadko mogę powiedzieć...chyba zaczynam się lubić;)
na tym pozytywnym aspekcie zakończę moje rozważania i oddam słodkiemu nic-nierobieniu; ew wykurzaniu współlokatorki z łazienki ;)
czwartek, 31 marca 2011
inspiracje
szukam inspiracji; do gotowania, czytania, sprzątania, ćwiczeń, do życia; szukam wszędzie: na blogach kulinarnych, w książkach, w ścieraniu kurzy, bieganiu, długich spacerach, muzyce, filmach; szukam; nie umiem poprzestać na tym co już mam; nie lubię bezczynności; za to uwielbiam robić różne rzeczy z pasją;
czytając blogi różniaste poznaję osóbki perfekcjonistyczne, których potrawy i wypieki są idealne; pięknie wyglądają, mają idealną konsystencję i smak; wszystkie te idealne kucharki ... zazdroszczę im, ale sama nie uważam się za "biedniejszą"; bo wydaje mi się, że pasja nie polega na tym, żeby robić coś idealnie, perfekcyjnie; myślę, że istotniejsze jest to, żeby w daną czynność wkładać całe swoje serce, całego siebie; dajmy na ten przykład: gotowanie; czy ja gotuję świetnie? nie, zdecydowanie nie; ale kocham gotować, sama czynność sprawia mi ogromną radość; gotowanie jest sztuką; każdy etap przyrządzania posiłku jest fenomenalny, wszelkie zapachy i kolory są rozkoszą dla oczu i nosa... a efekt końcowy? no cóż, nie będę kłamać i nie powiem, że nie ma znaczenia; oczywiście, że ma; ale nie każda muffinka musi być idealnie wyrośnięta( a propo: tydzień temu wyrzuciłam dwie blachy muffinek kawowych; wyszły ochydne :); nie każdy sos musi zachwycać i nie każda zupa smakować; oczywiście to, że potrawa smakuje docelowym obiektom sprawia niezaprzeczalną przyjemność i też jest elementem sztuki kulinarnej; aczkolwiek u mnie w domu moje potrawy rzadko smakują domownikom; za to prawie zawsze mnie i moim znajomym; ale to już z innej beczki(u mnie w domu po prostu króluje rosół i kotlet z ziemniakami; wszelkie nowinki przyjmowane są baaardzo niechętnie, a moje wyczyny makaronowe nie spotykają się z entuzjazmem);
tak więc wracając do pasji... gotowanie to moja pasja, dzięki niej czekam na weekend z niecierpliwością; każdy nowy przepis budzi we mnie pokłady entuzjazmu i zapału do pracy; podobnie z książkami; nie pamiętam już kiedy odkryłam po raz pierwszy magię książek; pamiętam jednak, że zawsze książki gdzieś tam były obok; nawet w czasach kryzysu licealnego, kiedy niestety moje czytelnictwo miało kryzys; szczęściem dawno kryzys zażegnałam, i teraz znowu czytam, czytam, czytam; a co najlepsze ciągle to swoje czytanie rozwijam: odkąd zaczęłam swoją karierę z literaturą przeszłam przez wszystkie możliwe rodzaje i gatunki; nowy wymiar czytania osiągnęłam jakiś czas temu /zdaje się rok temu ponad/; zaczęłam fascynację książkami w języku angielskim; na razie jestem na takim etapie, że czytam książki raczej lekkiego kalibru; właściwie to zaczęłam od Kubusia Puchatka ten "sezon" na angielski(chociaż już wcześniej czytałam jakieś tam książki); obecnie czytam Charlie and the chocolate factory;(właściwie to jest połączenie dwóch moich pasji- czytania i gotowania... i poniekąd też trzeciej jaką jest film; bo na podstawie książki powstał film wyreżyserowany przez Burtona);
i tak każda moja fascynacja daje mi siły do życia, pogodę ducha, szczęście, pozytywny nastrój... są mi konieczne do egzystencji; i cieszę się bardzo, że odkryłam je w sobie; zamierzam kontynuować i czerpać z nich radość jak długo tylko się da!!!
czytając blogi różniaste poznaję osóbki perfekcjonistyczne, których potrawy i wypieki są idealne; pięknie wyglądają, mają idealną konsystencję i smak; wszystkie te idealne kucharki ... zazdroszczę im, ale sama nie uważam się za "biedniejszą"; bo wydaje mi się, że pasja nie polega na tym, żeby robić coś idealnie, perfekcyjnie; myślę, że istotniejsze jest to, żeby w daną czynność wkładać całe swoje serce, całego siebie; dajmy na ten przykład: gotowanie; czy ja gotuję świetnie? nie, zdecydowanie nie; ale kocham gotować, sama czynność sprawia mi ogromną radość; gotowanie jest sztuką; każdy etap przyrządzania posiłku jest fenomenalny, wszelkie zapachy i kolory są rozkoszą dla oczu i nosa... a efekt końcowy? no cóż, nie będę kłamać i nie powiem, że nie ma znaczenia; oczywiście, że ma; ale nie każda muffinka musi być idealnie wyrośnięta( a propo: tydzień temu wyrzuciłam dwie blachy muffinek kawowych; wyszły ochydne :); nie każdy sos musi zachwycać i nie każda zupa smakować; oczywiście to, że potrawa smakuje docelowym obiektom sprawia niezaprzeczalną przyjemność i też jest elementem sztuki kulinarnej; aczkolwiek u mnie w domu moje potrawy rzadko smakują domownikom; za to prawie zawsze mnie i moim znajomym; ale to już z innej beczki(u mnie w domu po prostu króluje rosół i kotlet z ziemniakami; wszelkie nowinki przyjmowane są baaardzo niechętnie, a moje wyczyny makaronowe nie spotykają się z entuzjazmem);
tak więc wracając do pasji... gotowanie to moja pasja, dzięki niej czekam na weekend z niecierpliwością; każdy nowy przepis budzi we mnie pokłady entuzjazmu i zapału do pracy; podobnie z książkami; nie pamiętam już kiedy odkryłam po raz pierwszy magię książek; pamiętam jednak, że zawsze książki gdzieś tam były obok; nawet w czasach kryzysu licealnego, kiedy niestety moje czytelnictwo miało kryzys; szczęściem dawno kryzys zażegnałam, i teraz znowu czytam, czytam, czytam; a co najlepsze ciągle to swoje czytanie rozwijam: odkąd zaczęłam swoją karierę z literaturą przeszłam przez wszystkie możliwe rodzaje i gatunki; nowy wymiar czytania osiągnęłam jakiś czas temu /zdaje się rok temu ponad/; zaczęłam fascynację książkami w języku angielskim; na razie jestem na takim etapie, że czytam książki raczej lekkiego kalibru; właściwie to zaczęłam od Kubusia Puchatka ten "sezon" na angielski(chociaż już wcześniej czytałam jakieś tam książki); obecnie czytam Charlie and the chocolate factory;(właściwie to jest połączenie dwóch moich pasji- czytania i gotowania... i poniekąd też trzeciej jaką jest film; bo na podstawie książki powstał film wyreżyserowany przez Burtona);
i tak każda moja fascynacja daje mi siły do życia, pogodę ducha, szczęście, pozytywny nastrój... są mi konieczne do egzystencji; i cieszę się bardzo, że odkryłam je w sobie; zamierzam kontynuować i czerpać z nich radość jak długo tylko się da!!!
There is no end and there is no beginning
There is only the passion of life
Passion is universal humanity
Passion is the genesis of genius
Follow your passion and success will follow you!
There is only the passion of life
Passion is universal humanity
Passion is the genesis of genius
Follow your passion and success will follow you!
poniedziałek, 28 marca 2011
Humpty Dumpty
Nie wiem gdzie pierwszy raz usłyszałam, czy przeczytałam tą rymowankę; ale spodobała mi się od razu; podobno owa rymowanka pierwotnie była zagadką, powtarzaną wszem i wobec dopóki rozwiązanie nie było znane wszem i wobec;(rozwiązaniem jest jajko); Humpty może być kojarzony z Alicją z Krainy Czarów; tam bowiem monologował z główną bohaterką, w krainie po drugiej stornie lustra; hmmm; chyba będę musiała wrócić do Alicji tym razem jednak w wersji anglojęzycznej;
skończyłam pierwszy tom; a raczej tomisko Vanity Fair; czyli po polskiemu Targowisko próżności; autor to miał wenę; żeby tak pokomplikować; wow; co się tam nie dzieje; ale szczerze powiedziawszy to dopiero końcówka wciągnęła mnie jakoś, tak bardziej, bo pierwszą połowę, to tak troszkę męczyłam; ale: zabieram się do drugiej części; i niech moc będzie ze mną;
wiosna wiosna; i już dziś muszę się pochwalić; byłam biegać; niedaleko, ale jednak i troszkę poćwiczyłam; w każdym bądź razie ruszać się trzeba; i zaczynam mniej gotować, po prostu chyba wpadłam w taki wir gotowania i jedzenia, że masakra; obecnie mam fazę makaronów, a jak wiadomo są to produkty jedzone z sosami i niestety wysoko kaloryczne;
albo nie; nie przestanę gotować, a jedynie zacznę gotować zdrowiej; co nie będzie trudne przy wiosennej rozrywce owocowo-warzywnej;
acha opowiem może jeszcze o moim zeszło-tygodniowym eksperymencie pt "tydzień wegetariański"; nie jadłam mięsa!!! myślałam, że dla mnie to będzie jakieś strasznie trudne; bo to zawsze, jak się nie może czegoś jeść to najbardziej masz na to ochotę; jednak, jak się okazało wcale to takie trudne nie było, wręcz przeciwnie; całkiem milutko było jeść sobie makarony i warzywka i inne pysznościowe wegańskie potrawy, nie zauważyłam jak mi zleciał tydzień, a ja za mięskiem wcale nie tęskniłam; jakkolwiek obiad niedzielny tradycyjnie z mięskiem już zjadłam; głównie ze względu na moją mamę; nie przeszłoby u mnie w domu odmówienie posiłku z powodu eksperymentu wegetariańskiego;
i tak oto nowe projekty czekają na realizację; wiosenny wietrzyk wieje owiewając mnie nadzieją i promiennymi perspektywami; Humpty Dumpty wszystkim;
poniedziałek, 21 marca 2011
King's speech
just watched "King's speech"; like it, but not brilliant; i love english so i am not objective; and also i like Bonham-Carter and Firth and others; and i guess speech problems, dificult childhood made this movie close to my interests-OK i'm very subjective; but still: didn't swept me off my knees; and i was asked to compare two movies: Kings speech and Black Swan(which i watched latly); and must say: can not compare, they're both great movies; i liked Black Swan and Portman; but liked King's speech either; can't choose witch one is better; maybe i should watch them both for the second time and than, i guess, i could make the decision; but not now; why english? well; i think i miss english- i haven't watched anything in english nor read a book nor be very active on my english lessons; just wandering...how many mistakes i'm making; i'm begging for forgivness... but also... please correct me:) i know that some of you can correct me;
odstawię może angielski, żeby się nie kompromitować; chora jestem; grypsko jakieś mnie złapało; katar mnie dobija, powoli katuje mnie i moje otoczenie, że też musiałam wracać do Krakowa; w domku było tak miło; ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło; w domu nie miałam laptopa, więc raczej nic bym nie obejrzała, jak również nic bym nie napisała...
co do pisania... piszę listy; aczkolwiek nie dostałam ani jednej odpowiedzi; smutne; to chyba nie jest tak wiele- odpisać na list; nie mówię przecież o elaboratach na kilka stron, ale choćby o krótkiej notce na pół strony; raczej przygnębiające to wszystko; istnieje bowiem prawdopodobieństwo, iż jeden z moich listów w ogóle nie doszedł; ale to nic; myślę, że nadal będę wysyłać listy; tylko już do innych osób tym razem; myślę, że w końcu ktoś odpisze...
i jeszcze coś z angielskiej poezji... A. Bronte,
odstawię może angielski, żeby się nie kompromitować; chora jestem; grypsko jakieś mnie złapało; katar mnie dobija, powoli katuje mnie i moje otoczenie, że też musiałam wracać do Krakowa; w domku było tak miło; ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło; w domu nie miałam laptopa, więc raczej nic bym nie obejrzała, jak również nic bym nie napisała...
co do pisania... piszę listy; aczkolwiek nie dostałam ani jednej odpowiedzi; smutne; to chyba nie jest tak wiele- odpisać na list; nie mówię przecież o elaboratach na kilka stron, ale choćby o krótkiej notce na pół strony; raczej przygnębiające to wszystko; istnieje bowiem prawdopodobieństwo, iż jeden z moich listów w ogóle nie doszedł; ale to nic; myślę, że nadal będę wysyłać listy; tylko już do innych osób tym razem; myślę, że w końcu ktoś odpisze...
i jeszcze coś z angielskiej poezji... A. Bronte,
I wish I could see how the ocean is lashing
The foam of its billows to whirlwinds of spray;
I wish I could see how its proud waves are dashing,
And hear the wild roar of their thunder to-day!
The foam of its billows to whirlwinds of spray;
I wish I could see how its proud waves are dashing,
And hear the wild roar of their thunder to-day!
środa, 16 marca 2011
where i can find happiness
pisałam dziś wypracowanie o moim wymarzonym domu; co ciekawe w ogóle nie miałam problemu z wyobrażeniem sobie, jak takowy miałby wyglądać; wiem dokładnie, jaki miałby być; jak miałaby wyglądać kuchnia, łazienka, sypialnia, pokój z kominkiem i wyjściem na werandę....umiałabym nawet opisać widok z okna; jednak kiedy skończyłam pisać, dotarło do mnie coś ciekawego: ten cały dom...nieważne jak będzie wyglądał; mój wymarzony dom to taki, w którym będzie dużo miłości i uśmiechnięte dzieci; taki pachnący chlebem, emanujący ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa; i tak naprawdę, to jest dla mnie najważniejsze; chciałabym, żeby mój dom wypełniał gwar bliskich mi osób, i żeby zawsze znalazło się tam miejsce dla zbłąkanej duszyczki, którą będę także ja; w takim domu będę szczęśliwa; taki dom chciałabym stworzyć;
przechodziłam dziś obok kamienicy, której drzwi były otwarte, dobiegł mnie więc ten zapach... bardzo specyficzny; tajemniczy, wilgotny, przesiąknięty latami, które minęły i ludźmi, którzy przecierali wiekowe schody; zawsze odnoszę wrażenie, że takie kamienice mają dusze i szeptem opowiadają swoje historie;
mój dom też będzie miał duszę... i będę szczęśliwa;
przechodziłam dziś obok kamienicy, której drzwi były otwarte, dobiegł mnie więc ten zapach... bardzo specyficzny; tajemniczy, wilgotny, przesiąknięty latami, które minęły i ludźmi, którzy przecierali wiekowe schody; zawsze odnoszę wrażenie, że takie kamienice mają dusze i szeptem opowiadają swoje historie;
mój dom też będzie miał duszę... i będę szczęśliwa;
wtorek, 15 marca 2011
makaronowy boks;
właśnie skończyłam oglądać film, "Fighter"; bardzo mi się spodobał; jeden z moich ulubieńszych aktorów; a film trzyma w napięciu; chciałabym mieć chociaż połowę takiej kondycji jak główny bohater; świetnie się oglądało mimo że większość scen na ringu oglądałam przez palce;
kiedy film jest dla mnie dobry? po czym poznaje? różnie to bywa; ale dość często wiem, że film jest dobry, gdy na końcu filmu główny bohater jest moją ulubioną postacią i przeżywam jego losy jak kogoś bliskiego mimo, że na początku filmu w ogóle mi się nie podoba, a wręcz mnie odpycha; tak było tu.... początkowo bohater grany przez Wahlberg'a w żaden sposób nie przypadł mi do gustu, ani fizycznie ani osobowościowo...nic; ale jak akcja się rozwijała tak ja zaczęłam lubić pana M.; a do brata się nie przekonałam; chociaż szanuję więzy braterskie;
w podsumowaniu: jest do czego wracać;
z życia: chyba się przećwiczyłam wczoraj na fitnessie albo przedobrzyłam z czerwoną herbatą; podejrzewam to drugie; już dawno nie piłam a od wczoraj serwuję sobie potężne dawki; przystopuj sobie Kasiu; chyba już jestem zmęczona...taaak; chyba tak;
z nowości kulinarnych: rozwijam się! obecnie jestem w fazie makaronów; przeszłam tydzień lasagni; tydzień conchiglioni; i makaron z różnorakimi sosami; i właściwie w tym kierunku się rozwijałam; nie piekłam, nie gotowałam nic poza tym; makarony górą; Włosi są genialni;
kiedy film jest dla mnie dobry? po czym poznaje? różnie to bywa; ale dość często wiem, że film jest dobry, gdy na końcu filmu główny bohater jest moją ulubioną postacią i przeżywam jego losy jak kogoś bliskiego mimo, że na początku filmu w ogóle mi się nie podoba, a wręcz mnie odpycha; tak było tu.... początkowo bohater grany przez Wahlberg'a w żaden sposób nie przypadł mi do gustu, ani fizycznie ani osobowościowo...nic; ale jak akcja się rozwijała tak ja zaczęłam lubić pana M.; a do brata się nie przekonałam; chociaż szanuję więzy braterskie;
w podsumowaniu: jest do czego wracać;
z życia: chyba się przećwiczyłam wczoraj na fitnessie albo przedobrzyłam z czerwoną herbatą; podejrzewam to drugie; już dawno nie piłam a od wczoraj serwuję sobie potężne dawki; przystopuj sobie Kasiu; chyba już jestem zmęczona...taaak; chyba tak;
z nowości kulinarnych: rozwijam się! obecnie jestem w fazie makaronów; przeszłam tydzień lasagni; tydzień conchiglioni; i makaron z różnorakimi sosami; i właściwie w tym kierunku się rozwijałam; nie piekłam, nie gotowałam nic poza tym; makarony górą; Włosi są genialni;
czwartek, 10 marca 2011
tak dawno nie pisałam... nie mam za dobrego wytłumaczenia, a zresztą dlaczego miałabym się tłumaczyć;
ostatnio mój komputer zawiesił swoją działalność, ale szczęściem już ją wznowił dzięki pomocy uczynnych ludzi:); ależ ja mam wyjątkowe osoby wokół siebie;
z innej beczki; od jakiegoś czasu jestem ewidentnie szczęśliwa(nie tak w 100% ale jednak:); wreszcie znalazłam swoje miejsce w świecie i cel w życiu; wiem czego chce i jak mam to osiągnąć; pozwoliłam sobie na nieprzewidywalność, zmienność i chwile słabości; nie zamierzam walczyć z wiatrakami, ale też nie zamierzam potulnie przyjmować tego, co życie mi podyktuje; mam tyle marzeń i energii żeby je realizować; mam tyle opcji do wyboru; studiuje to co naprawdę mi się podoba(tak, wreszcie czuję, że to to; że po 22 latach życia w końcu czuję gdzie jest moje miejsce);
mam swoje pasje, i choć komuś mogą wydawać się banalne to mnie sprawiają wiele przyjemności; dzięki nim mogę pełniej korzystać z życia i wiem, że jest coś więcej niż praca, nauka, obowiązki; świat jest taki ciekawy-dlaczego zamykać się w "czterech ścianach" swoich powinności i szarości dnia codziennego, który zasadniczo wcale szary być nie musi:)
wiatr w żagle i na podbój świata
ostatnio mój komputer zawiesił swoją działalność, ale szczęściem już ją wznowił dzięki pomocy uczynnych ludzi:); ależ ja mam wyjątkowe osoby wokół siebie;
z innej beczki; od jakiegoś czasu jestem ewidentnie szczęśliwa(nie tak w 100% ale jednak:); wreszcie znalazłam swoje miejsce w świecie i cel w życiu; wiem czego chce i jak mam to osiągnąć; pozwoliłam sobie na nieprzewidywalność, zmienność i chwile słabości; nie zamierzam walczyć z wiatrakami, ale też nie zamierzam potulnie przyjmować tego, co życie mi podyktuje; mam tyle marzeń i energii żeby je realizować; mam tyle opcji do wyboru; studiuje to co naprawdę mi się podoba(tak, wreszcie czuję, że to to; że po 22 latach życia w końcu czuję gdzie jest moje miejsce);
mam swoje pasje, i choć komuś mogą wydawać się banalne to mnie sprawiają wiele przyjemności; dzięki nim mogę pełniej korzystać z życia i wiem, że jest coś więcej niż praca, nauka, obowiązki; świat jest taki ciekawy-dlaczego zamykać się w "czterech ścianach" swoich powinności i szarości dnia codziennego, który zasadniczo wcale szary być nie musi:)
wiatr w żagle i na podbój świata
niedziela, 20 lutego 2011
about coco and amazement
skończyłam czytać książkę napisaną na podstawie życiorysu sławnej chanel; niezwykła kobieta, ale jak dla mnie człowiek-porażka, oprócz sukcesów w dziedzinie mody poniosła klęskę w każdej możliwej dziedzinie życia; bez przyjaciół, miłości, wiecznie samotna chociaż nie sama; dla mnie przerażająca; bałabym się jej spotkać; i każdego przestrzegałabym przed braniem przykładu z owej damy; wydawać by się mogło, że wiedziała czego chce i do tego dąży, ale czy na pewno? jak dla mnie to owszem: wielka kreatorka mody, ale równocześnie wrak człowieka;
z innej beczki: obejrzałam ostatnio Adaptacje; polecam, pomysł na film bardzo udany; jednak trzeba przemyśleć sprawę, bo gdybym nie przemyślała i nie poczytała troszkę, to pewnie oceniłabym film dużo gorzej; film, w którym proces twórczy scenarzysty, jego rozterki i tok myślenia stają się tematem przewodnim okazuje się być fenomenalny; pomysł jest przemyślany pod każdym możliwym względem; każda scena ma swój sens; choć pozornie zamieszany i łatwo stracić rozeznanie co jest rzeczywistością a co fikcją; niesamowite połączenie tego co dzieje się w rzeczywistości filmowej z wyobraźnią głównego bohatera, właściwie to cały czas śledzi się jego tok myślenia i ... a co będę opisywać, trzeba obejrzeć;
namalowałam sobie słońce na ścianie; pozytywny element ma przypominać mi o pozytywnym nastawieniu; postawie zdumienia wobec świata i potrzebie wiary, nadziei i miłości w naszym życiu; no muszę przyznać, że zdumienia nie brakuje mi ostatnio na pewno; ludzie ciągle mnie zaskakują; a ja się muszę nagimnastykować żeby wymyślić o co im chodzi; no i myślę od kiedy?.... od kilku dni: what happend? miracle; ferie się skończyły, jutro studia; z powrotem do krk; no cóż... za bardzo sobie nie odpoczęłam, ale jestem szczęśliwa; bylem sobie tylko nie utrudniała życia i nie kładła kłód pod nogi;
niestety dopadło mnie jakieś zniechęcenie do wszelkiej aktywności rozrywkowej; najchętniej to bym czytała i oglądała filmy; tylko fenomen oglądania filmów samemu też mnie nie porywa; wróciły rozterki sercowe; unfortunatly; obym nie zgubiła tego co już wypracowałam; moja autopsychoanaliza prowadzona za pomocą tego bloga i kilku przyjaznych dusz nie może pójść na marne;
z innej beczki: obejrzałam ostatnio Adaptacje; polecam, pomysł na film bardzo udany; jednak trzeba przemyśleć sprawę, bo gdybym nie przemyślała i nie poczytała troszkę, to pewnie oceniłabym film dużo gorzej; film, w którym proces twórczy scenarzysty, jego rozterki i tok myślenia stają się tematem przewodnim okazuje się być fenomenalny; pomysł jest przemyślany pod każdym możliwym względem; każda scena ma swój sens; choć pozornie zamieszany i łatwo stracić rozeznanie co jest rzeczywistością a co fikcją; niesamowite połączenie tego co dzieje się w rzeczywistości filmowej z wyobraźnią głównego bohatera, właściwie to cały czas śledzi się jego tok myślenia i ... a co będę opisywać, trzeba obejrzeć;
namalowałam sobie słońce na ścianie; pozytywny element ma przypominać mi o pozytywnym nastawieniu; postawie zdumienia wobec świata i potrzebie wiary, nadziei i miłości w naszym życiu; no muszę przyznać, że zdumienia nie brakuje mi ostatnio na pewno; ludzie ciągle mnie zaskakują; a ja się muszę nagimnastykować żeby wymyślić o co im chodzi; no i myślę od kiedy?.... od kilku dni: what happend? miracle; ferie się skończyły, jutro studia; z powrotem do krk; no cóż... za bardzo sobie nie odpoczęłam, ale jestem szczęśliwa; bylem sobie tylko nie utrudniała życia i nie kładła kłód pod nogi;
niestety dopadło mnie jakieś zniechęcenie do wszelkiej aktywności rozrywkowej; najchętniej to bym czytała i oglądała filmy; tylko fenomen oglądania filmów samemu też mnie nie porywa; wróciły rozterki sercowe; unfortunatly; obym nie zgubiła tego co już wypracowałam; moja autopsychoanaliza prowadzona za pomocą tego bloga i kilku przyjaznych dusz nie może pójść na marne;
środa, 16 lutego 2011
maziam
zmieniam zawód; od dziś jestem malarz, ścian; właśnie skończyłam mazianie sufitów w kuchni i korytarzu; a jutro zabieram się za ściany; ależ mi się to spodobało; mam fach w ręku; ale padnięta jestem;
wysłałam dziś list; marzyło mi się już dawno wysyłanie listów i dostawanie, jak za czasów Jane Austin; sielanka, romantyzm, sentymentalizm; cuuuudownie;
acha; z poprawy dostałam 5; żadnych emocji; tylko mnie to zasmuciło; gdybym dostała powiedzmy 3, to mogłabym sobie powiedzieć: Po prostu nie dasz rady się nauczyć na ten egzamin, jest dla Ciebie za trudny; a tak? muszę się przyznać, że na pierwszy termin po prostu się nie nauczyłam; i lipton; zasmucona pomalowałam sobie trochę, posprzątałam i już mi lepiej;
wysłałam dziś list; marzyło mi się już dawno wysyłanie listów i dostawanie, jak za czasów Jane Austin; sielanka, romantyzm, sentymentalizm; cuuuudownie;
acha; z poprawy dostałam 5; żadnych emocji; tylko mnie to zasmuciło; gdybym dostała powiedzmy 3, to mogłabym sobie powiedzieć: Po prostu nie dasz rady się nauczyć na ten egzamin, jest dla Ciebie za trudny; a tak? muszę się przyznać, że na pierwszy termin po prostu się nie nauczyłam; i lipton; zasmucona pomalowałam sobie trochę, posprzątałam i już mi lepiej;
sobota, 12 lutego 2011
zabawki skazane na bycie
fajnie jest być zabawką; przedmiotem, którym można zapchać chwilę nudy; jeśli mnie potrzebujesz-jestem; jak już ci się znudzę- to do widzenia; co z tego, że już się przyzwyczaiłam; co z tego, że polubiłam; czy to ważne? oczywiście, że nie; przecież jestem tylko zabawką; zapychaczem czasu; który rzuca wszystko byle tylko być, gdy mnie potrzebujesz; szkoda tylko, że nie umiem się oduzależnić; szkoda, że nie umiem zrezygnować z bycia zabawką;
ciekawą opinię kiedyś usłyszałam: mamy takie życie, na jakie się samizgadzamy; według tej teorii osoby samotne chcą być samotne(albo bardziej: nie są gotowe by z kimś być i nie chcą się do tego przyznać)
powoli zaczynam zgadzać się z tą opinią; tylko ciężko mi zgodzić się na postrzeganie siebie jako istoty, która chce być sama, żałosna, rozgoryczona; na obraz osoby, która jest jak ten konik na biegunach- dzieciństwo się skończyło, konik na strych;
bardzo denerwują mnie porady typu: nie możesz szukać miłości za wszelką cenę; miłość cię znajdzie; ale też nie możesz siedzieć w domu i czekać na księcia z bajki; ja wiem, że to jest logiczne; ale jak słyszę takie teksty od osób w związkach; to aż mnie skręca; łatwo mówić jak już się znalazło kogoś z kim chcesz spędzić resztę życia; a jak się jest przypadkiem beznadziejnym? co jeśli nie jestem idealną A, która nie przejmowała się jak nikogo nie miała(bo wszystko ma swoją kolej rzeczy) i jest szczęśliwa kiedy już znalazła swojego pana;
mnie do furii doprowadza takie ułożone, idealne podejście do świata; a dlaczego? bo sama nie jestem idealna; moja pełna wad osobowość krzyczy pod naporem wszechobecnej potrzeby przynależności, poczucia bezpieczeństwa, spełnienia; nie jestem z tych cierpliwych, ale też nie z tych, które podejmują inicjatywę; zresztą każda moja inicjatywa kończy się porażką; bo uciekam za każdym razem gdy robi się "groźnie" albo jak to bywa ostatnio: to ode mnie uciekają; to się nazywa impas; sytuacja bez wyjścia; gdzie do cholery mój osioł??? ja się pytam; a raczej mój tygrysek bo dwa osiołki to raczej cienki los będą przędły;
ciekawą opinię kiedyś usłyszałam: mamy takie życie, na jakie się samizgadzamy; według tej teorii osoby samotne chcą być samotne(albo bardziej: nie są gotowe by z kimś być i nie chcą się do tego przyznać)
powoli zaczynam zgadzać się z tą opinią; tylko ciężko mi zgodzić się na postrzeganie siebie jako istoty, która chce być sama, żałosna, rozgoryczona; na obraz osoby, która jest jak ten konik na biegunach- dzieciństwo się skończyło, konik na strych;
bardzo denerwują mnie porady typu: nie możesz szukać miłości za wszelką cenę; miłość cię znajdzie; ale też nie możesz siedzieć w domu i czekać na księcia z bajki; ja wiem, że to jest logiczne; ale jak słyszę takie teksty od osób w związkach; to aż mnie skręca; łatwo mówić jak już się znalazło kogoś z kim chcesz spędzić resztę życia; a jak się jest przypadkiem beznadziejnym? co jeśli nie jestem idealną A, która nie przejmowała się jak nikogo nie miała(bo wszystko ma swoją kolej rzeczy) i jest szczęśliwa kiedy już znalazła swojego pana;
mnie do furii doprowadza takie ułożone, idealne podejście do świata; a dlaczego? bo sama nie jestem idealna; moja pełna wad osobowość krzyczy pod naporem wszechobecnej potrzeby przynależności, poczucia bezpieczeństwa, spełnienia; nie jestem z tych cierpliwych, ale też nie z tych, które podejmują inicjatywę; zresztą każda moja inicjatywa kończy się porażką; bo uciekam za każdym razem gdy robi się "groźnie" albo jak to bywa ostatnio: to ode mnie uciekają; to się nazywa impas; sytuacja bez wyjścia; gdzie do cholery mój osioł??? ja się pytam; a raczej mój tygrysek bo dwa osiołki to raczej cienki los będą przędły;
piątek, 11 lutego 2011
madness
wyrzucić z siebie wszystko, po prostu wyrzucić! dance makabre po prostu; egzystencjalne dno, intelektualna pustka;
może ja jestem za głupia na tą całą pedagogikę; nie umiem tego ogarnąć; czytam te teksty, opracowania; i ginę; złość już mnie taka ogarnia; rzucam tekstami dosłownie, jeden wylądował na podłodze, jestem WŚCIEKŁA, na siebie głównie; moja tępota przeraża; jak można tyle czytać i się uczyć i mimo to nic nie umieć; może ja się nie nadaję na studiowanie? może już przekroczyłam swój poziom inteligencji kończąc licencjat i na tym powinnam przestać; właściwie to co ja tu robię? beznadziejność; brak perspektyw na lepsze jutro; ciągle sobie przerwy robię; teksty szanownej pani a. czytałam już po dwa razy plus opracowania i dalej nie ogarniam o co w nich chodzi! niech to szlag! wiruje pośród pulsujących kategorii, fenomenologii, filozofii, zadań, dyferencjacji i nic mi z nich w głowie nie zostaje; hermeneutyczna spirala; obracam się w kółko;
i co najgorsze tylko ja jedna wspaniała nie zdałam tego egzaminu; dziewczyny się jakoś wybroniły; a ja? tępota łamane przez głupota; rrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr
hate myself; na dodatek jestem olewana, a właściwie to zostałam olana totalnie; czuję się teraz jak jakaś zabawka, która po tym jak wywołała wybuch entuzjazmu, znudziła się i poszła w odstawkę;
cuuuuuddddooooooooowwwwnnnnieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee !
życie jest piękne... :|
może ja jestem za głupia na tą całą pedagogikę; nie umiem tego ogarnąć; czytam te teksty, opracowania; i ginę; złość już mnie taka ogarnia; rzucam tekstami dosłownie, jeden wylądował na podłodze, jestem WŚCIEKŁA, na siebie głównie; moja tępota przeraża; jak można tyle czytać i się uczyć i mimo to nic nie umieć; może ja się nie nadaję na studiowanie? może już przekroczyłam swój poziom inteligencji kończąc licencjat i na tym powinnam przestać; właściwie to co ja tu robię? beznadziejność; brak perspektyw na lepsze jutro; ciągle sobie przerwy robię; teksty szanownej pani a. czytałam już po dwa razy plus opracowania i dalej nie ogarniam o co w nich chodzi! niech to szlag! wiruje pośród pulsujących kategorii, fenomenologii, filozofii, zadań, dyferencjacji i nic mi z nich w głowie nie zostaje; hermeneutyczna spirala; obracam się w kółko;
i co najgorsze tylko ja jedna wspaniała nie zdałam tego egzaminu; dziewczyny się jakoś wybroniły; a ja? tępota łamane przez głupota; rrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr
hate myself; na dodatek jestem olewana, a właściwie to zostałam olana totalnie; czuję się teraz jak jakaś zabawka, która po tym jak wywołała wybuch entuzjazmu, znudziła się i poszła w odstawkę;
cuuuuuddddooooooooowwwwnnnnieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee !
życie jest piękne... :|
wtorek, 8 lutego 2011
koszmar :D
jeden z najgorszych koszmarów zaczyna istnieć w rzeczywistości; moja kuchnia zamienia się w gruzowisko!!! wszędzie pył i brud; dance makabre; wróciłam dziś do domu i... o masakra; wszędzie- dosłownie wszędzie- brudno; żeby zasnąć to musiałam ogarnąć remont i posprzątać; no i dopiero się ogarnęłam z tym wszystkim aczkolwiek i tak nie pozwolili mi na posprzątanie korytarza :( chcę mieć ładną kuchnię, ale bez przesady....
wczoraj było strasznie; cały dzień spędziłam w mieszkaniu w krakowie; nie wiedziałam co ze sobą zrobić; czytałam, rysowałam, kleiłam i wycinałam; ale myślałam, że z bezczynności oszaleję; jak na złość wszystko było posprzątane dokładnie; zerowe fundusze nie pozwoliły na wycieczkę po sklepach; wolałam nie kusić losu; i czuję, że jestem gorszym człowiekiem po wczorajszym dniu;
ale po dzisiejszym chyba lepszym; zabrałyśmy dzisiaj z moją współwolontariuszką naszych chłopców do kina i do McSyfa :D bardzo ucieszyli się z tego drugiego; z pierwszego- nie wiadomo :D; ale z pierwszego obie panie wolontariuszki były zadowolone ze względu na niezwykle atrakcyjne widoki w osobie pana prowadzącego wykładzik o robotyce :D w ogóle to dziś był dzionek pełen przygód; i na pewno bardzo pozytywny dzięki wszechobecnemu i zaraźliwemu usmiechowi pewnej zgrabniutkiej szatynki;
udało mi się także odwiedzić pannę A. i odbębnić wizytę "na rajskiej";
także zaliczyłam dziś: wolontariat, odwiedziny u dawno nie widzianej koleżanki, łyk pozytywnej energii i całkiem ciekawe widoki; no i oczywiście :sprzątanie;
podsumowanie: bardzo udany dzień :)
wczoraj było strasznie; cały dzień spędziłam w mieszkaniu w krakowie; nie wiedziałam co ze sobą zrobić; czytałam, rysowałam, kleiłam i wycinałam; ale myślałam, że z bezczynności oszaleję; jak na złość wszystko było posprzątane dokładnie; zerowe fundusze nie pozwoliły na wycieczkę po sklepach; wolałam nie kusić losu; i czuję, że jestem gorszym człowiekiem po wczorajszym dniu;
ale po dzisiejszym chyba lepszym; zabrałyśmy dzisiaj z moją współwolontariuszką naszych chłopców do kina i do McSyfa :D bardzo ucieszyli się z tego drugiego; z pierwszego- nie wiadomo :D; ale z pierwszego obie panie wolontariuszki były zadowolone ze względu na niezwykle atrakcyjne widoki w osobie pana prowadzącego wykładzik o robotyce :D w ogóle to dziś był dzionek pełen przygód; i na pewno bardzo pozytywny dzięki wszechobecnemu i zaraźliwemu usmiechowi pewnej zgrabniutkiej szatynki;
udało mi się także odwiedzić pannę A. i odbębnić wizytę "na rajskiej";
także zaliczyłam dziś: wolontariat, odwiedziny u dawno nie widzianej koleżanki, łyk pozytywnej energii i całkiem ciekawe widoki; no i oczywiście :sprzątanie;
podsumowanie: bardzo udany dzień :)
i tak oto zaczęłam od minusów a skończyłam na plusach; to się nazywa pozytywne myślenie; jestem z siebie dumna; ale w sumie to tak się dziś naładowałam pozytywną energią, że ciągle się uśmiecham; jednak prawda to z tym uśmiechem; wystarczy jeden, żeby uszczęśliwić, a tyle co ja dziś rozdałam i dostałam... oooooo; starczy na cały miesiąc:D a nie zamierzam zaprzestawać w rozdawaniu;
acha i w końcu poczułam karnawał; bo przecież mamy karnawał, a całkiem o nim zapomniałam...
dobra już nic więcej nie piszę; bo się rozpiszę, a nie ma czasu :) odpływam w błogość;
niedziela, 6 lutego 2011
MŁA
Ja to dusza i ciało; moja dusza jako tako ma się dobrze; już dobrze; pora więc zabrać się za moje ciało; przede wszystkim brakuje mi ruchu; od czasów sesji zawiesiłam działalność fitnessową; samotne brzuszki nie dają efektów takich jakich bym się spodziewała; dwa tygodnie w domu mogą okazać się katastrofą na miarę Hiroszimy dla mojego organizmu;
dlatego podjęłam akcję: "Ratuj się każda komórko mojego ciało"!
zmotywowana artykułami mojej ulubionej gazetki MnZ podejmuje bój o zdrowe ciało; począwszy od włosów paznokci i cery na ogólnym wrażeniu estetycznym skończywszy;
nie, nie chce być chudsza; ani ładniejsza bo powiedzmy sobie szczerze: to nie dla mnie; ja chce być "fit"
a moim ideałem jest pani(tak tak już "pani", nie panna) M. wewnętrzne piękno w ślicznej powłoce :)
przede wszystkim jako iż jestem w domu muszę pilnować się dwa razy bardziej; i postawić na sprzątanie a nie na gotowanie; co może okazać się trudne, ale nie nie-do-wykonania; w tym domu zawsze jest coś do sprzątania; w krakowie jest mi dużo łatwiej, bo mam ograniczone ilości produktów spożywczych i jeszcze bardziej ograniczone fundusze; ostatnio nawet przestawiłam się głównie na owoce i warzywa co uznaję za swój sukces, a od dwóch tygodni nie skosztowałam "mojego ulubionego ciastka krakowskiego";
w domku po dwóch dniach pobytu zaliczyłam wszystko co niezdrowe(moja mama zakupiła piekielne urządzenie pt opiekacz do kanapek); dzisiaj jakkolwiek zorientowałam się co się dzieje; i trzymam się mocno postanowień;
wiem, że i tutaj mogę się zdrowo odżywiać i dbać o siebie; właściwe nastawienie działa cuda;
przeszłam ostatnio mały kryzys a propo egzaminu z pedagogiki, ale myślę, że już jestem na prostej; lekki dystans, dobry film i wsparcie wokół zdziałały cuda; pozytywna mobilizacja działa; zamierzam w nadchodzącym tygodniu poświęcić się przyjemnym lekturom "dodatkowym" i nauce tekstów na poprawę; mam w zapleczu książeczki "Coco"; "O człowieku który chciał być szczęśliwy"; "Targowisko próżności" i inne; zobaczymy na ile czas pozwoli; już się ciesze;
wracam również do świata filmu, po dość długiej przerwie około sesyjnej, kiedy to jedyną rozrywką na ekranie mojego laptopa byli "Przyjaciele"; na mały ekran wracają filmy większego formatu;
życie czas zacząć; i jedna poprawka w niczym mi nie przeszkodzi;
dlatego podjęłam akcję: "Ratuj się każda komórko mojego ciało"!
zmotywowana artykułami mojej ulubionej gazetki MnZ podejmuje bój o zdrowe ciało; począwszy od włosów paznokci i cery na ogólnym wrażeniu estetycznym skończywszy;
nie, nie chce być chudsza; ani ładniejsza bo powiedzmy sobie szczerze: to nie dla mnie; ja chce być "fit"
a moim ideałem jest pani(tak tak już "pani", nie panna) M. wewnętrzne piękno w ślicznej powłoce :)
przede wszystkim jako iż jestem w domu muszę pilnować się dwa razy bardziej; i postawić na sprzątanie a nie na gotowanie; co może okazać się trudne, ale nie nie-do-wykonania; w tym domu zawsze jest coś do sprzątania; w krakowie jest mi dużo łatwiej, bo mam ograniczone ilości produktów spożywczych i jeszcze bardziej ograniczone fundusze; ostatnio nawet przestawiłam się głównie na owoce i warzywa co uznaję za swój sukces, a od dwóch tygodni nie skosztowałam "mojego ulubionego ciastka krakowskiego";
w domku po dwóch dniach pobytu zaliczyłam wszystko co niezdrowe(moja mama zakupiła piekielne urządzenie pt opiekacz do kanapek); dzisiaj jakkolwiek zorientowałam się co się dzieje; i trzymam się mocno postanowień;
wiem, że i tutaj mogę się zdrowo odżywiać i dbać o siebie; właściwe nastawienie działa cuda;
przeszłam ostatnio mały kryzys a propo egzaminu z pedagogiki, ale myślę, że już jestem na prostej; lekki dystans, dobry film i wsparcie wokół zdziałały cuda; pozytywna mobilizacja działa; zamierzam w nadchodzącym tygodniu poświęcić się przyjemnym lekturom "dodatkowym" i nauce tekstów na poprawę; mam w zapleczu książeczki "Coco"; "O człowieku który chciał być szczęśliwy"; "Targowisko próżności" i inne; zobaczymy na ile czas pozwoli; już się ciesze;
wracam również do świata filmu, po dość długiej przerwie około sesyjnej, kiedy to jedyną rozrywką na ekranie mojego laptopa byli "Przyjaciele"; na mały ekran wracają filmy większego formatu;
życie czas zacząć; i jedna poprawka w niczym mi nie przeszkodzi;
czwartek, 3 lutego 2011
back step: studniówka
cofnęłam się w czasie dzisiaj; obejrzałam płytę ze studniówki; wróciła trauma liceum; co to było wtedy? ciekawe czy gdybym teraz spotkała pewnego osobnika to sprawy potoczyłyby się inaczej....
na pewno inaczej... ja jestem inną Kasią...taka pewnie by się mu nie podobała.... buuuu
na pewno inaczej... ja jestem inną Kasią...taka pewnie by się mu nie podobała.... buuuu
wtorek, 1 lutego 2011
hatress; back stepping
jak ja siebie dzisiaj nie lubię! w ogóle to wszystkie złe emocje się we mnie kumulują; mój organizm już nie wydala; jeden egzamin; nienawidzę siebie; może ja się nie nadaję do niczego; może powinnam zrezygnować z wszystkich innych aktywności?
dlaczego tak bardzo potrzebuję pocieszania? dlaczego nie mogę być samowystarczalna? tak bardzo bym chciała; od niedawna zaczynam postrzegać siebie tak naprawdę, bo do tej pory to chyba przez krzywe zwierciadło się widziałam; co za dzień! wczoraj było super; dziś rano też; a jednak...
wiedziałam że nie będę mieć dst; wiedziałam, że zawaliłam ten egzamin; wiedziałam, a mimo to porażka boli; JA mam ndst; JA! jestem najgorsza.... całą noc siedziałam i się uczyłam, całą noc!!! wypiłam kawę- JA! cała moja teoria o sobie runęła dziś jak domek z kart; może i powinnam się nauczyć ponosić porażki ale chyba nie umiem; moje przekonanie o tym, że muszę być najlepsza, a przynajmniej na równi zabija mnie; dzisiaj szczególnie;
w domu będą mieć radoche; du du du dum;
hate myself; żałosne;
dlaczego tak bardzo potrzebuję pocieszania? dlaczego nie mogę być samowystarczalna? tak bardzo bym chciała; od niedawna zaczynam postrzegać siebie tak naprawdę, bo do tej pory to chyba przez krzywe zwierciadło się widziałam; co za dzień! wczoraj było super; dziś rano też; a jednak...
wiedziałam że nie będę mieć dst; wiedziałam, że zawaliłam ten egzamin; wiedziałam, a mimo to porażka boli; JA mam ndst; JA! jestem najgorsza.... całą noc siedziałam i się uczyłam, całą noc!!! wypiłam kawę- JA! cała moja teoria o sobie runęła dziś jak domek z kart; może i powinnam się nauczyć ponosić porażki ale chyba nie umiem; moje przekonanie o tym, że muszę być najlepsza, a przynajmniej na równi zabija mnie; dzisiaj szczególnie;
w domu będą mieć radoche; du du du dum;
hate myself; żałosne;
niedziela, 30 stycznia 2011
from my "one of favourite" books
The road goes ever on and on
Down from the door where it began.
Now far ahead the Road has gone;
And I must follow, if I can;
Pursuing it with eager feet;
Until it joins some larger way
Where many paths and errands meet.
And whither than? I cannot say.
sobota, 29 stycznia 2011
dzisiaj, po raz pierwszy od początku tego tygodnia czuję, że jest "normalnie"; tzn bez zbytniego stresu, na spokojnie; żadnej paniki, że jutro egzamin a ja nic nie umiem; pocieszające; wczorajsze popołudnie było mi potrzebne; dziękuje;
powoli uniezależniam się od swojego przekonania o uzależnieniu od innych; ciągłe powtarzanie pomaga; ale coraz bardziej doskwiera mi głód samotności; brakuje mi flirtowania i dreszczyku przed pierwszym spotkaniem; i tego uczucia, że mogę się podobać; brakuje mi poczucia przynależności do drugiej osoby;
i jak zwykle u mnie wynika to z porównywania się do innych;
z innej beczki; obejrzałam właśnie film "Inni"; nic specjalnego, ale jak każdy film, skłonił mnie do namysłu; nad czym? ano nad życiem :); jak często żyjemy okłamując siebie; żyjąc w nieświadomości, albo bardziej podświadomości tego kim jesteśmy, co robimy na tym świecie, jakimi oszustwami karmimy się na co dzień, bo łatwej jest strawić kłamstwo niż prawdę; jak często postrzegamy innych ludzi za zagrożenie, podczas gdy to my sami stanowimy "inność"; dla mnie to film o subiektywnym punkcie widzenia, o patrzeniu na świat oczami własnych przekonań, wiary, którą przejmujemy za swoją; ale przede wszystkim o potrzebie spoglądania na świat oczami "innych";
a skoro przy tym jesteśmy, kiedyś naszło mnie takie oto porównanie: poznawanie ludzi jest jak czytanie książek, koniecznie trzeba czytać od deski do deski i między wierszami; nie da się przeżyć życia powierzchownymi relacjami; zawsze uważałam, że lepiej mieć wokół siebie garstkę ludzi; ale takich z którymi naprawdę będę rozmawiać, przeżywać i być; a nie takich z którymi bywam, gadam, wegetuje; myślę, że pod tym względem odniosłam sukces; jakimś cudem udaje mi się nawiązywać kontakty z ludźmi wartościowymi, takimi, którzy mnie motywują, inspirują do bycia lepszą osobą; ludźmi, którzy podzielają moje opinie, mój światopogląd; z którymi mogę płakać i śmiać się; na których zawsze mogę liczyć; i każdy kto to czyta może się do nich zaliczyć :)
ależ zbieram punkty.....
bardzo dobrze jest też wiedzieć,że i ja jestem ważna, potrzebna; że nie jestem gdzieś tam niezauważona; zbyteczna;
powoli uniezależniam się od swojego przekonania o uzależnieniu od innych; ciągłe powtarzanie pomaga; ale coraz bardziej doskwiera mi głód samotności; brakuje mi flirtowania i dreszczyku przed pierwszym spotkaniem; i tego uczucia, że mogę się podobać; brakuje mi poczucia przynależności do drugiej osoby;
i jak zwykle u mnie wynika to z porównywania się do innych;
z innej beczki; obejrzałam właśnie film "Inni"; nic specjalnego, ale jak każdy film, skłonił mnie do namysłu; nad czym? ano nad życiem :); jak często żyjemy okłamując siebie; żyjąc w nieświadomości, albo bardziej podświadomości tego kim jesteśmy, co robimy na tym świecie, jakimi oszustwami karmimy się na co dzień, bo łatwej jest strawić kłamstwo niż prawdę; jak często postrzegamy innych ludzi za zagrożenie, podczas gdy to my sami stanowimy "inność"; dla mnie to film o subiektywnym punkcie widzenia, o patrzeniu na świat oczami własnych przekonań, wiary, którą przejmujemy za swoją; ale przede wszystkim o potrzebie spoglądania na świat oczami "innych";
a skoro przy tym jesteśmy, kiedyś naszło mnie takie oto porównanie: poznawanie ludzi jest jak czytanie książek, koniecznie trzeba czytać od deski do deski i między wierszami; nie da się przeżyć życia powierzchownymi relacjami; zawsze uważałam, że lepiej mieć wokół siebie garstkę ludzi; ale takich z którymi naprawdę będę rozmawiać, przeżywać i być; a nie takich z którymi bywam, gadam, wegetuje; myślę, że pod tym względem odniosłam sukces; jakimś cudem udaje mi się nawiązywać kontakty z ludźmi wartościowymi, takimi, którzy mnie motywują, inspirują do bycia lepszą osobą; ludźmi, którzy podzielają moje opinie, mój światopogląd; z którymi mogę płakać i śmiać się; na których zawsze mogę liczyć; i każdy kto to czyta może się do nich zaliczyć :)
ależ zbieram punkty.....
bardzo dobrze jest też wiedzieć,że i ja jestem ważna, potrzebna; że nie jestem gdzieś tam niezauważona; zbyteczna;
piątek, 28 stycznia 2011
fairy tales
everyone knows the story of gorgeous prince, some lover-boy; adored by women, craved by them; so he can choose each one but eventually he picks up- so called "Cinderella"; and i always thought i would be the "Cinderella" whan my time comes, and i always felt pity for that girls who where totally into prince; but now it just get to me that i have always been one of them!!! pitiful.... so this is how my fairy tale is going to look like? i must say NO; but as someone said: gravity is not responisble for falling in love; so you cannot actually say no; and stop :) but i couldn't say no for gravity too; :| well that would be all; as to my english- eh! what the hell...who cares if i make mistakes(but if i am please tell me- if anyone reads it)
czwartek, 27 stycznia 2011
aim achived!
muffiny bananowe za mną :) upieczone, pachnące, smakowe; podbiły żołądki domowników...zobaczymy kogo jeszcze; przepis trochę innych więc zamieszczę jak będę mieć więcej czasu;
list od przyjaciela
czemu nie pisze listów; i dlaczego ich nie dostaje? tak bardzo chciałabym dostać list.... otworzyć kopertę i przeczytać zawartość; to tak niewiele; zdecydowanie popieram pisanie listów; może sama zacznę i jak znajdę chwilę czasu to komuś wyśle; jakby ktoś chciał to proszę o adres jakoś;
właściwie to już zaczęłam z listami - napisałam list do siebie;
Droga Kasiu!
Na początku mojego listu chciałam Ci podziękować za zainteresowanie jakim darzysz moją osobę. Twoja analiza moich zachowań zdumiewa swoją przenikliwością i obiektywizmem. Współczuję sesji. Wiem, że jest ciężko, ale naprawdę dasz radę! Poradzisz sobie, nawet jeśli sama nie bardzo w to wierzysz.
Myślę, że Twoje porównywanie się do innych, ciągła analiza nie jest dla Ciebie dobre. Powinnaś dać sobie z tym spokój. Przecież nie uczysz się dla innych. Wiem, że uważasz, że pomimo tego, iż Ty sama uczysz się dużo to inni i tak, pomimo mniejszej ilości czasu spędzonej nad notatkami, osiągają lepsze wyniki. Zapewne zżera Cię zwykła, ludzka zazdrość- tak, tak: zazdrość. Ale nie martw się, nie będę Cię za to potępiać; jakieś mechanizmy obronne musisz mieć. Co do obaw związanych z niską efektywnością Twojej nauki: By-zy-dura! Uczysz się tak samo efektywnie, tylko za dużo myślisz o tym czego nie umiesz. Weź się w garść Kasiu! Nic samo nie przyjdzie. Nauczysz się tego co masz się nauczyć. Napiszesz co masz napisać. I będzie ok. Siebie nie przeskoczysz. I pamiętaj, nie jesteś gorsza od innych.
Zawsze będę w Ciebie wierzyć. Nigdy o tym nie zapominaj. I przestan żyć złudzeniami. One nie pomogą Ci budować szczęścia.
Acha, jeszcze coś: Szczęściem dla siebie jesteś Ty sama. Musisz się tylko wyzwolić ze swoich przytłaczających przekonań.
Powodzenia! Kocham Cię;
Twoja K.
i taki oto liścik dostałam w poniedziałek; z wielką przyjemnością go przeczytałam; i za każdym razem, kiedy go czytam, to się uśmiecham; i chyba zadedykuję go wszystkim kochanym ludziom, którzy we mnie wierzą i są obok, nawet wtedy, gdy ja o tym zapominam:)
właściwie to już zaczęłam z listami - napisałam list do siebie;
Droga Kasiu!
Na początku mojego listu chciałam Ci podziękować za zainteresowanie jakim darzysz moją osobę. Twoja analiza moich zachowań zdumiewa swoją przenikliwością i obiektywizmem. Współczuję sesji. Wiem, że jest ciężko, ale naprawdę dasz radę! Poradzisz sobie, nawet jeśli sama nie bardzo w to wierzysz.
Myślę, że Twoje porównywanie się do innych, ciągła analiza nie jest dla Ciebie dobre. Powinnaś dać sobie z tym spokój. Przecież nie uczysz się dla innych. Wiem, że uważasz, że pomimo tego, iż Ty sama uczysz się dużo to inni i tak, pomimo mniejszej ilości czasu spędzonej nad notatkami, osiągają lepsze wyniki. Zapewne zżera Cię zwykła, ludzka zazdrość- tak, tak: zazdrość. Ale nie martw się, nie będę Cię za to potępiać; jakieś mechanizmy obronne musisz mieć. Co do obaw związanych z niską efektywnością Twojej nauki: By-zy-dura! Uczysz się tak samo efektywnie, tylko za dużo myślisz o tym czego nie umiesz. Weź się w garść Kasiu! Nic samo nie przyjdzie. Nauczysz się tego co masz się nauczyć. Napiszesz co masz napisać. I będzie ok. Siebie nie przeskoczysz. I pamiętaj, nie jesteś gorsza od innych.
Zawsze będę w Ciebie wierzyć. Nigdy o tym nie zapominaj. I przestan żyć złudzeniami. One nie pomogą Ci budować szczęścia.
Acha, jeszcze coś: Szczęściem dla siebie jesteś Ty sama. Musisz się tylko wyzwolić ze swoich przytłaczających przekonań.
Powodzenia! Kocham Cię;
Twoja K.
i taki oto liścik dostałam w poniedziałek; z wielką przyjemnością go przeczytałam; i za każdym razem, kiedy go czytam, to się uśmiecham; i chyba zadedykuję go wszystkim kochanym ludziom, którzy we mnie wierzą i są obok, nawet wtedy, gdy ja o tym zapominam:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










