środa, 22 lutego 2012

oponki prosto z serca

zaczął się post więc jako wspomnienie tego co było, a czego w najbliższej przyszłości na pewno nie będzie przepis na oponki; pachnące, rumiane i baaaaaardzo kaloryczne:) na szczęście raz w roku można sobie pozwolić i zjadać ze smakiem nie patrząc na kalorie; tym bardziej, że to takie ciacha prosto z serducha ... i w kształcie serducha.... taki w sumie prosty pomysł, żeby zamiast klasycznych, okrągłych oponek zrobić słodkaśne serduszka; upieczone, zjedzone..... zostały tylko wspomnienia :)
składniki: 
1/2 kg sera białego
1/2 kg mąki
3/4 szkl. cukru
łyżeczka sody
1/2 kieliszka spirytusu/octu/wódki
2 jajka
olej 

Wszystkie składniki wkładamy do miski jak leci.Co do alkoholu vel octu...ja polecam spirytus:) najlepszy... i raczej go nie żałuje.... zapobiega wchłanianiu tłuszczu przez oponki i jak go będzie za mało to ciacha będą tłuste. Za pomocą miksera mieszamy ze sobą składniki. Zagniatamy ręką w misce. Gdy ciasto będzie gładkie, wyciągamy na blat i rozwałkowujemy. Na ile rozwałkować...ach ta matematyka... nie za cienko.. muszą być grubsze... pewnie tak z 4 cm.... Wycinamy kształty- serduszka w moim przypadku, ale mogą być też zwykłe okrągłe. W każdym kółeczku/serduszku wycinamy mniejsze kółeczko/serduszko. Na patelni rozgrzewamy olej... hmmm tego oleju wcale nie musi być tak strasznie dużo.... na głęboką patelnie to ok 1/2 ja miałam. Sprawdzamy czy olej jest nagrzany wrzucając kawałeczek ciasta- gdy szybko wypłynie a olej wokół będzie bąbelkował to znaczy że już:) wrzucamy po kilka oponków na olej, po kilku chwilach obracamy...zazwyczaj widać, że dół już się zrumienił...bo one mają być na złoto... pierwsza porcja będzie się piec dłużej trochę, ale każda następna parę chwil dosłownie... ja te kolejne wrzucałam, sekunda, odwracam, sekunda, wyciągałam:) wyciągamy na tacę wyłożoną ręcznikiem papierowym, żeby oponki ociekły z tłuszczu..... jak tylko ociekną.... posypujemy cukrem pudrem i mniam...zajadamy :) 
u mnie to nawet nie zdążyły ocieknąć i ostygnąć.... :D


środa, 15 lutego 2012

Magiczny słoń

Wierzyć w cuda czy nie wierzyć? Dać się ponieść marzeniom? Próbować realizować? A może trzymać się realności? Co z pytaniami:
a gdyby nawet...?
czemu by nie...?
czy to być może że...?
Zadawać? Odpowiadać? Zadawać!! Szukać odpowiedzi!! Nie bać się tego, co cichutko szepta nam do ucha los. Wierzyć w sny i za nimi podążać! Magiczny słoń nie pozostawia żadnych wątpliwości.
Książka kupiona przypadkiem, w biegu, gdzieś za pół darmo na wyprzedaży, głównie ze względu na magiczne ilustracje. Za to pochłonięta w jeden wieczór.
Jeden wieczór lektury, która otacza słowami jak "ciepłą, mięciutką kołderką"; a potem wieczór pełen marzeń, planów takich absolutnie niespełnialnych; takich, które zabierają wysoko między obłoczki. Potem tysiąc pytań typu a co by było gdyby...? i nagle świat zaczyna być całkiem przystępny. Naprawdę zaczynasz wierzyć, że magiczny słoń może Ci wskazać upragniony cel; zaczynasz wierzyć, ze magia istnieje, choć jest całkowicie niemożliwa :D
"Magia jest zawsze niemożliwa. Zaczyna się od niemożliwego i kończy na niemożliwym, a pomiędzy też jest niemożliwe. Dlatego jest magią."
Wszyscy mamy swoje nadzieje i tęsknoty; te małe i te większe; ale iluż z nas nie pozwala sobie nawet na krótkie oderwanie od rzeczywistości, nawet na krótki lot liniami "Wszystko jest możliwe". A przecież wyobraźnia to nie tylko działka dzieci. Właśnie to wyczytałam między wierszami. Choć głównym bohaterem jest Piotruś- mały chłopiec, to cała historia pozwala wierzyć, że to nie tylko dziecko może pytać: czemu by nie...?
"Każda z wyczekujących osób wzięła ze sobą swoje nadzieje i marzenia, chęć rewanżu i tęsknotę za miłością. Stali wszyscy jeden za drugim. Czekali niecierpliwie"
Magiczny słoń pojawił się znikąd, tak jak pojawiają się nasze marzenia; nagle, jak piękny sen wyczarowany pod wpływem chwili. W pierwszej chwili pomyślisz zapewne: nie to niemożliwe; potem pomyślisz: a może? i pojawi się to pytanie: a co by było gdyby...? dorośli nie lubią tego pytania; często jestem ganiona za to "gdybanie"; ale przecież gdyby nie to gdybanie... czy świat mógłby się zmieniać? gdyby ktoś kiedyś nie zadał sobie pytania: a co by było gdyby....? to czy nie żylibyśmy dalej w jaskiniach?  czy powstała by muzyka? czy czytalibyśmy książki? kto z nas pozwoliłby sobie na miłość mając na uwadze czyste fakty i realne przeszkody, bo tylko przeszkody zdają się być realne i prawdziwe?
Uwierz w niemożliwe, uwierz w magię, uwierz w słonia, zaufaj snom:)
"Ach tak, te sny o słoniach. Według mnie te sny o słoniach są szczególnie poruszające. I na dodatek złowróżbne. Tak, tak, muszę się przyznać, że mnie samej jeszcze nigdy nie przyśnił się słoń. Ale cierpliwie i z nadzieją na to czekam. Tak, trzeba czekać i  mieć nadzieję."

niedziela, 12 lutego 2012

silence

"If you don't understand my silence, how will you understand my words?"
How many times, during simple conversation i was thinking: what to talk about? How many times i felt uncomfortable with silence? With how many people small talk is like agony because I can't find a subject to talk about?
Yes, silence in our culture is something awkward, something that shouldn't take place while everyday conversations. And here I agree. With ordinary people, neighbours and so on we talk about sth. There's always sth to chat about: weather, health, etc. We don't spend much time with such people, just 5-minut talk. When we need sth or just want to break the silence.
Because silence is for these few special people. These few you meet everyday, these few you spent most of your time. Silence is for them. For them, whom you care about, who understands you better than you understand yourself. Who knows what's up even just by looking into your eyes. With such people your silence is precious. With them you can spend long hours just sitting. Or doing totally meaningless things. Like watching your favourite soap opera for nth time or drinking coffee. I call it: sharing the moment. And i'm really happy i've got such people around me that i can "share the moment" with.
I think once you are able to sit in silence with someone and not feeling stressed or uncomfortable than you can tell this person is real friend.... Unless this person feels awkward :D than it's not special... For me silence is much more meaningful than words. Becouse by words you can say anything, you can lie, you can hurt, you can hide your emotions behind the words...but when you're silent than all your emotions are shown in this silence. All you have to hide is, in this one moment out. All that is inside you for this one moment is on your face, in your look, in your smile.  So listen to the silence, look closer and see more. And don't break the silence with people you care about because they may tell you more with their silence than they'll ever be able to tell you with their words.

worth fighting

From my beloved movie:D
Sam: I know. It's all wrong. By rights we shouldn't even be here. But we are. It's like in the great stories, Mr. Frodo. The ones that really mattered. Full of darkness and danger, they were. And sometimes you didn't want to know the end. Because how could the end be happy? How could the world go back to the way it was when so much bad had happened? But in the end, it's only a passing thing, this shadow. Even darkness must pass. A new day will come. And when the sun shines it will shine out the clearer. Those were the stories that stayed with you. That meant something, even if you were too small to understand why. But I think, Mr. Frodo, I do understand. I know now. Folk in those stories had lots of chances of turning back, only they didn't. They kept going. Because they were holding on to something.
Frodo: What are we holding onto, Sam?
Sam: That there's some good in this world, Mr. Frodo... and it's worth fighting for.

poniedziałek, 6 lutego 2012

makaroniki

tym razem makaroniki.... :)
2 białka
100 g cukru
łyżka mąki ziemniaczanej
mielonego cynamonu na czubek noża
(to jest podstawa co do reszty to już względem uznania, można mieszać zamieniać, byle wagowo wyszło max 200 g tych bakalii, można np zamienić orzechy na czekoladę, albo dodać więcej migdałów a mniej orzechów... dowolność wskazana)


50 g suszonych żurawin posiekanych
100 g migdałów w płatkach
garść orzechów włoskich posiekanych nożem dość drobno
garść rodzynek posiekanych nożem tak jak orzechy czyli dość drobno:)

Białka trzeba ubić.... więc wrzucasz szczyptę soli i przystępujesz do ubijania sztywnej piany....(mikserem bądź ręcznie)... ubijasz tak długo póki nie zostają ślady po nożu... i jak wywrócisz miskę do góry dnem to piana nie wyleci...( do tej próby musisz być w 95% pewna że już jest sztywna ta piana). Do tej piany dodajesz po trochu cukier i cały czas ubijasz. Gdy cały cukier znajdzie się w środku i już nie będzie wyczuwalny.... tzn nie słyszysz chroboczących kryształków i jak spróbujesz to nie wyczuwasz cukru wtedy dodajesz całą resztę skałdników( żurawinę, rodzynki, orzechy, migdały, cynamon, mąkę ziemniaczaną) delikatnie, powolutku mieszasz teraz już ręcznie. Najlepiej mnie się to udaje techniką od brzegów do środka, równocześnie obracając miskę. Przygotuj blachę: wyłóż papierem. Nakładaj po jednej łyżce masy w odstępach dość sporych. Wstaw do nagrzanego do 140 stopni piekarnika i piecz 25 minut. Razem z papierem ściągnij z blachy i poczekaj aż ostygną. Wtedy możesz ściągnąć. Wcześniej nie będą się chciały odczepić od papieru:)

koszyczki z powidłami

kolejne zamówienie tym razem na ciasteczka....:)
1,5 szkl mąki
10 dag masła
szczypta soli
2 łyżki posiekanych migdałów or orzechów
powidła vel dżem śliwkowy
jajko
Zabieramy się do dzieła:) Najpierw przygotuj sobie miskę oraz mikser z końcówkami do mieszania (to są takie dwie spiralki...jakbyś nie miała to mogą być chyba zwykle). Teraz do miski wsyp mąkę, dodaj masło, sól i wszystko wymieszaj mikserem, najpierw na najmniejszych a potem na najszybszych obrotach. Z ciasta powinny wyjść takie grudki jak do kruszonki. Te okruszki palcami zbierz w jedną całość i szybciutko zagnieć rękami na stolnicy. Kolejno rozwałkuj sobie to ciasto, podsyp wcześniej mąką stolnicę i troszkę ciasto po wierzchu, żeby się wałek nie przyklejał. Jak już masz rozwałkowane... nie za grubo i nie za cienko pewnie tak z 5 mm, to wykrawaj szklanką kółeczka. Nie musisz się bawić z linijką...po prostu rozwałkuj na taką grubość na jaką mają wyjść..te ciasteczka nie urosną ani o milimetr. Na te kółeczka nakładaj po jednej łyżeczce dżemu. Teraz tricky part.... te kółeczka trzeba tak złożyć, żeby wyszły koszyczki o podstawie trójkąta...bierzesz kółeczko w dwa palce i po kolei z trzech stron  zlepiasz brzegi. Smarujesz jajkiem roztrzepanym. Na dżem układasz jeszcze migdały bądź pokrojone orzechy, tak do środka koszyczka. Dalej to już na blachę(wyłożoną papierem bądź wysmarowaną margaryną) i pieczesz aaaa z 15-20 minut w 180 stopniach. Do momentu jak będą złote.

niedziela, 5 lutego 2012

hmm

ten mój przepis strasznie rozwlekły... przepraszam ale tak mi się dobrze pisze te przepisy...tyle mam przy tym frajdy:) i chce też napisać wszystko bardzo dokładnie żeby nikt się nie pogubił.... o jeszcze na ewentualne pytania chętnie odpowiem:) mam nadzieję że nikogo nie przerazi długość przepisu... tak naprawdę to nie zajmuje dużo czasu zrobienie tych naleśników...tylko ja mam taki styl pisania:)

naleśniki....

Naleśniki specjalnie na życzenie:)
Ciasto naleśnikowe:(na ok 20 naleśników)
  • litr mleka
  • 3 jajka
  • szczypta soli.... dość porządna szczypta
  • garść cukru..też porządna
  • mąka....ilość dalej
Mleko, jajka, sól i cukier wymieszaj- mikserem, albo ręcznie jak wolisz. Dodawaj po trochu mąki... pewnie około 1/2 kg będzie potrzebne.... może więcej...ja nigdy nie wiem ile mąki wsypuje...wsypuj dotąd dopóki nie osiągniesz właściwej konsystencji... czyli naleśnikowej...nie umiem niestety tego wytłumaczyć lepiej:)
Następnie smaż naleśniczki na rozgrzanej patelni, odkładaj je na talerz jeden na drugim i daj im odpocząć:)
Zabierz się za farsz.

Farsz:
  • pierś z kurczaka....zależnie od ilości ja robiłam 18 naleśników i miałam jedną podwójną...(tak tak... ilość się nie zgadza z naleśnikami....dwa pierwsze mi nie wyszły :))
  • noga kurczaka...ale to taka dodatkowa ewentualność...ja miałam bo robiłam dużo naleśników ale jak robisz mniej to nie trzeba.... albo możesz wtedy mniej piersi kurczaka wziąć....raczej warto dla smaku
  • cebula dość pokaźna
  • kukurydza (jedna puszka regularna może być mało... na moją ilość naleśników....)
  • ser żółty.... hmmm ile tego sera?! pewnie z 25 dag.... lepiej mieć na zapas więcej....starty
  • ziele angielskie
  • liść laurowy
  • sól
  • pieprz
  • tymianek
  • estragon
  • rozmaryn
Dobra.... pierś i ew nogę umyj dokładnie i osącz na ręczniku papierowym -dokładnie. Rozgrzej patelnię(.... najlepiej taką o wysokich brzegach) wlej cztery łyżki oleju...może ciut więcej ma pokryć dno .... Teraz włóż mięso lekko dociskając je palcami.... tylko się nie poparz:) po 2-3 minutach obróć widelcem czy czym tam masz.... uwaga na skórę z nogi może się przyklejać ale to nic...niech się przykleja jak chce:) powinno to mięsko być złote:) znowu posmaż 2-3 minuty... wrzuć ziele, liść laurowy i zalej ok 2/3 szkl wody... może nawet mniej tyle coby mięsko było przykryte tak do połowy... przykryj przykrywką i zostaw na średnim gazie ... niech sobie dochodzi... po jakimś czasie...to jest pewnie po 15 minutach...ale radzę sprawdzić wcześniej... sprawdź jak wychodzi wbijanie widelca w mięsko... jeśli gładko i widzisz że mięsko jest już ugotowane to dodaj resztę przypraw po szczypcie.... soli i pieprzu troszkę hojniej:) jeśli jeszcze jest gąbczaste... i różowe gdzieś na bokach to przykryj i niech się dusi jeszcze....po ok 3 minutach z przyprawami wyłącz, wyjmij i niech się relaksuje na talerzu...coby ostygło... nie wyrzucaj tego rosołku co się zrobił z gotowania
dalej bierzesz cebulkę i ją kroisz w kosteczkę...podsmażasz na oleju i zostawiasz...niech odpoczywa:)
zabierz się za zrelaksowane mięsko.... pokrój je w kostkę....wrzuć do miski... dodaj dla towarzystwa cebulkę... wymieszaj.... spróbuj czy  nie trzeba soli... teraz dolej tak z 5 łyżek tego rosołku.... wymieszaj niech sobie mięsko wsiąknie ten płyn...
kolejno zabierzemy się za sos beszamelowy:

Sos beszamelowy:
Do garnuszka wrzuć dwie łyżki masełka... roztop... jak zacznie ładnie skwierczeć dorzuć dwie łyżki mąki... i mieszając poczekaj aż się mąka przesmaży... minutkę max....zestaw z ognia teraz zacznij dolewać mleka... tak z 1,5 szklanki... do 2.... dolewaj go powoli...po troszku cały czas mieszając, bardzo ważne żeby nie zostawić grudek:) jak wlejesz już wszystko i będzie wymieszane-bez grudek...to postaw z powrotem na gaz i cały czas mieszając doprowadź do wrzenia:) a raczej bulgotania...bo to mleko się zrobi prześlicznie gęste.... dopraw solą, pieprzem i gałką muszkatołową...próbuj cały czas czy czegoś nie brakuje:) zestaw z ognia
zabierz się za naleśniki...

na każdy naleśnik na środek nałóż mięsko i łyżkę kukurydzy...posyp garścią sera...zawiń jak krokiety...brzegi przeciwległe do środka i rulonik:) i tak po kolei dopóki składników wystarczy....
te naleśniczki zwinięte już włóż do naczynia żaroodpornego lub innego naczynia do zapiekania i polej obficie sosem beszamelowym, posyp pozostałym serem...bo zakładam że zostało:) i włóż do piekarnika na 15-20 minut do 180 stopni:)
jedz póki gorące