niedziela, 30 października 2011

Śpiąca królewna

nie wiem dlaczego, ale to jedyna baśń, która mnie niesamowicie drażni; żadna inna nie frustruje mnie tak, jak ta jedna; królewna, która aż się prosi, żeby jej przyłożyć; królewicz, który nie ma prawa istnieć; bo jakże mógłby istnieć osobnik tak nieomylny i zdeterminowany; a przy okazji niezwykle płytki; 
chyba każdy zna historię starą jak świat: ona żyje z klątwą na karku; wszyscy wokół świadomi jej nieuchronnego losu likwidują wszelkie przeszkody jakie życie mogłoby postawić przed królewną; mimo wszystko księżniczka jest zdeterminowana, by wpakować się w kłopoty; i to jakie!!! ładuje się do jedynej wieży zamkowej, starej, prawie że opuszczonej; jedynej ,w której czyha niebezpieczeństwo; typical;
księciunio nie lepszy; jedyne czego mu trzeba, żeby ładować się w tarapaty to hasło:piękna księżniczka!; naiwny laluś-bo a jakże! piękny i urodziwy- rusza przez gęstwinę, by obudzić przecudnej urody, legendarną, lokalną piękność; i jakże by inaczej- od razu ciernie ustępują a on, wspaniały trafia prosto do komnaty królewny, choć po drodze leżą setki uśpionych, zamkowych piękności; ja się pytam: jak on tam trafił? jakim cudem udało mu się pominąć te setki? który facet, bez oglądania się na inne będzie zmierzał ku wybrance swego serca??? szczególnie, że wybranki owej w życiu na swe śliczne oczęta nie widział? 
oczywiście zdaję sobie sprawę, że to tylko baśń, i że w baśni wszystko jest proste, jasne i klarowne; ale w każdej innej baśni główny bohater musi zapracować na to co ma; przejść jakieś trudności, dowieść swojej szlachetności itd. a tu co? królewna, której jedynym atutem jest uroda i księciunio, który jedyne czym grzeszy to urodą; bravo
uch ale mnie to drażni; nigdy więcej Śpiącej królewny....

niedziela, 23 października 2011

muffinki czekoladowe

takie oto muffinki zaserwowałam sobie wczoraj; muffinki czekoladowe; przepis znalazłam na blogu Book Me a Cookie; ostatnio spędzam tam mnóstwo czasu; co za tym idzie znalazłam już masę przepisów, które zamierzam wykorzystać;
zdjęcie jest niezbyt piękne i muffinka też już nadgryziona; szczerze powiedziawszy to ostatnia jaka się ostała; zanim ją pochłonęłam pomyślałam, że może utrwalę swoje dzieło; i utrwaliłam;
co do wypieku: genialny! zmodyfikowałam troszkę przepis podstawowy co okazło się strzałem w dziesiątkę :)
dodanie przyprawy do pierników sprawiło, że muffinki oszałamiają zapachem a kakao podkreśliło smak czekolady; szybkość wykonania również zachwyca; nawet moja niecierpliwość nie została wystawiona na cięższe próby- 30 minut i muffinki gotowe do jedzenia;
kto nie kocha czekolady??? ja uwielbiammmmm; na pewno owe muffinki zagoszczą jeszcze w mojej kuchni; choć zapewne nie na długo gdyż znikają w przerażającym tempie;

Składniki:
1 szkl mąki
3 łyżki cukru
1/4 szkl mleka
1 jajko
10 dag masła rozpuszczonego
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka kakao
1 łyżeczka przyprawy do piernika
czekolada gorzka

suche składniki wymieszać, w osobnej misce rozmieszać mleko, masło i jajko, połączyć suche i mokre składniki, włożyć do foremek, każdą muffinkę wyposażyć w kostkę czekolady, piec 25 min w 200 stopniach; wyjąć; ostudzić; polać przestudzoną polewą; dekoracja wg uznania;

polewa: 2 łyżki masła, 2 łyżki cukru pudru, 2 łyżki kakao, 2 łyżki mleka, wymieszać i podgrzać w rondelku az składniki się połączą



środa, 19 października 2011

well

podliczyłam dziś książki, które w tym roku przeczytałam i muszę stwierdzić: porażka!!! nie chcę się nawet przyznawać jak mało ich było... jestem leń skończony i tyle; gdybym policzyła filmy, to proszę państwa, mogłabym być z siebie dumna...ale z książkami to się załamałam; naprawdę myślałam, że jest lepiej.... chyba zrobiłam się leniwa; pora zebrać d... w troki i zacząć czytać tak naprawdę; przecież książki to najwspanialsza rzecz pod słońcem; nie wspominając już o wszystkich wspaniałych zaletach, które posiadają i o tym wszystkim "dobrym", które dzięki nim zyskuję; dobrze, że tu w Krakowie mam tyle motywatorów wokół mnie; bardzo potrzebuje ludzi, którzy swoją energią i pomysłami mnie "podciągają", dzięki którym mi się chce;
chociaż akurat z czytaniem i oglądaniem filmów to nigdy nie miałam takich problemów, że mi się nie chce; tylko przez wakacje tak jakoś zaangażowałam swój umysł i ciało w robienie "hand made'ów", szycie i bieganie; także tego czasu na czytanie było zdecydowanie mniej i jakoś tak wychodziło, że w wolnym czasie oglądałam filmy...bleee; słabe wymówki;
no cóż: dobrze być z powrotem zmotywowaną;
wróciły  mi również chęci do gotowania i pieczenia; przez wakacje to tak jakoś straciłam werwę, bo uwierzcie- u mnie w domku nikt nie docenia(a wręcz większość krytykuje) mojej inwencji kulinarnej; także po pewnym czasie przebywania w domku przestaje mi się chcieć; na szczęście gotować i piec mogę także dla innych ludzi, spoza mojej "wspaniałej, doceniającej wysiłek rodzinki";
w ten weekend zamierzam sobie troszkę popitrasić i nikt mi w tym nie przeszkodzi; zamierzam się również "otworzyć muzycznie", lubię śpiewać i choć nie bardzo umiem to nie będę się przejmować; muzyka ma być zabawą i przyjemnością a jako że zaczynam zajęcia z muzyki w tym semestrze to trzeba się będzie otworzyć czy tego chce czy nie...to lepiej się otworzyć najpierw przed rodziną i przyjaciółmi, oswoić z sytuacją a potem się otwierać przed znajomymi i grupą ćwiczeniową;
a więc SMILE i do przodu :)

wtorek, 11 października 2011

Neverland

weekend upłynął mi w Nibylandii; razem z Piotrusiem, Wendy i Blaszanym Dzwoneczkiem podróżowałam po świecie wyobraźni; niezwykle miłe wakacje od codzienności zafundowałam sobie czytając "Piotrusia Pana" właśnie; książka, po którą sięgnęłam po raz pierwszy dopiero teraz... no dobra po raz drugi, ale po raz pierwszy po angielsku, więc się nie liczy; bardzo sympatyczna bajka;
ostatnio w ogóle często wracam do bajek; bardzo lubię książki dla dzieci; odkąd po raz pierwszy sięgnęłam po Kubusia Puchatka świat bajek i baśni pochłonął mnie całkowicie; książki dla dzieci to dla mnie forma terapii; warto zafundować sobie taką raz na jakiś czas;
ostatnio czuję się jakoś specjalnie zmotywowana do czytania książek; mam szalony plan czytać minimum jedną książkę tygodniowo; trzymajcie kciuki i ja za siebie też będę trzymać;
uwielbiam takie małe, osobiste wyzwania:) jak sobie coś takiego obiecuję od razu czuję przypływ energii, optymizmu i nadziei; jak na razie mam zapał....zobaczymy czy słomiany; na razie dwa tygodnie minęły i dwie książki rozsmakowane; ten tydzień zaczęłam z panem Cejrowskim; oby tak dalej; powoli wraca mi chęć do ukulturalniania się i do działania;
wracając jeszcze do Piotrusia... jako dziecko znałam jedynie film i bajki telewizyjne; nigdy wcześniej po książkę nie sięgnęłam; wielka szkoda; każde dziecko doceni fantazję autora i magię Nibylandii, gdzie wszystko jest możliwe i gdzie każde dziecko znajdzie miejsce dla siebie; ja znalazłam(chociaż dziecko ze mnie raczej przerośnięte) i nie zamierzam oddawać nikomu miejscówki;

niedziela, 9 października 2011

keks jesienny

nigdy nie lubiłam keksów, a już  w szczególności nie jesienną porą; ostatnio jednak zauważyłam, że wiele rzeczy się u mnie zmienia a moje nawyki i upodobania najbardziej; tak więc kiedy moja mama przyniosła z zakupów pachnące i kolorowe suszone ananasy, papaje i słodziutkie rodzynki zdziwiona bardzo własną zachcianką, postanowiłam upiec keksa właśnie; przeszukałam wszelkie fora i blogi kulinarne by znaleźć przepis idealny(jako, że nie miałam własnego z uwagi na wcześniejszą awersję do tego ciasta); wydawać by się mogło, że przepisów znajdę tysiąc plus jeden a tu rozczarowanie; bo mimo iż przepisów wiele, żaden mi się nie spodobał; dopiero po jakimś czasie w szale przeglądania tysięcznej strony o gotowaniu: voila! oto i on przepis idealny; prosty, szybki i ekonomiczny; zabrałam się z zapałem do kulinarnej podróży w słoneczne regiony keksowe; masełko utarło się perfekcyjnie, następnie wymieszało delikatnie z mąką, bakaliami i pianą z białek; po upieczeniu zaś ciasto zachwyciło przepięknymi kolorkami: słonecznie żółciótkim ciastem, czerwienią, pomarańczą i zielenią bakalii a także ślicznie przypieczonym złotym wierzchem; i mimo że wyszedł odrobinkę za słodki to w taki przepiękny, jesienny weekend je się go wspaniale popijając gorącą herbatką; idealnym towarzyszem tego ciasta okazuje się również książka i ciepły, polarowy kocyk; teraz jestem szczęśliwa; od czasu do czasu spoglądam przez okno na płynące po niebie ogromne, szarobure chmury i kontrastujące z nimi bordowe liście drzew, które optymistycznie mrugają do mnie z podwórka sąsiada, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru;
tak moi kochani; zaczęła się moja ulubiona pora roku- jesień; ciężko jest mi się nie zachwycać jej wspaniałościami, szczególnie jedząc słonecznego keksa;

"Słoneczny keks"

250 g margaryny
250 g cukru
250 g mąki
250 g bakalii
5 jajek
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Margarynę ucieramy z cukrem,  dodajemy po jednym żółtku, a następnie mąkę z proszkiem. Do masy wsypujemy bakalie i kolejno pianę ubitą z białek, delikatnie mieszamy. Wlewamy do foremki, nacinamy wzdłuż nożem i pieczemy w 180 stopniach ok 50 min.

Niestety nie mam zdjęcia, ale jak tylko zdobędę to wstawię. Pozostaje mi tylko życzyć smacznego.

sobota, 8 października 2011

new look

zmieniłam troszkę wygląd mojego bloga:) nie wiem jeszcze czy podoba mi się tak całkiem więc można się spodziewać zmian w najbliższym czasie; wiem że ostatnio nie pisałam prawie w ogóle.... uznajmy to za moje wakacje od wszystkiego, również od bloga.... teraz jednak, gdy powróciłam do Krakowa i od nowa zachciało mi się "tworzyć" pod każdym względem, przyszedł także czas na odświeżenie tegoż miejsca; a więc DZIEŃ DOBRY