niedziela, 30 stycznia 2011

from my "one of favourite" books

The road goes ever on and on
Down from the door where it began.
Now far ahead the Road has gone;
And I must follow, if I can;
Pursuing it with eager feet;
Until it joins some larger way
Where many paths and errands meet.
And whither than? I cannot say.

sobota, 29 stycznia 2011

dzisiaj, po raz pierwszy od początku tego tygodnia czuję, że jest "normalnie"; tzn bez zbytniego stresu, na spokojnie; żadnej paniki, że jutro egzamin a ja nic nie umiem; pocieszające; wczorajsze popołudnie było mi potrzebne; dziękuje;
powoli uniezależniam się od swojego przekonania o uzależnieniu od innych; ciągłe powtarzanie pomaga; ale coraz bardziej doskwiera mi głód samotności; brakuje mi flirtowania i dreszczyku przed pierwszym spotkaniem; i tego uczucia, że mogę się podobać; brakuje mi poczucia przynależności do drugiej osoby;
i jak zwykle u mnie wynika to z porównywania się do innych;
z innej beczki; obejrzałam właśnie film "Inni"; nic specjalnego, ale jak każdy film, skłonił mnie do namysłu; nad czym? ano nad życiem :); jak często żyjemy okłamując siebie; żyjąc w nieświadomości, albo bardziej podświadomości tego kim jesteśmy, co robimy na tym świecie, jakimi oszustwami karmimy się na co dzień, bo łatwej jest strawić kłamstwo niż prawdę; jak często postrzegamy innych ludzi za zagrożenie, podczas gdy to my sami stanowimy "inność"; dla mnie to film o subiektywnym punkcie widzenia, o patrzeniu na świat oczami własnych przekonań, wiary, którą przejmujemy za swoją; ale przede wszystkim o potrzebie spoglądania na świat oczami "innych";
a skoro przy tym jesteśmy, kiedyś naszło mnie takie oto porównanie: poznawanie ludzi jest jak czytanie książek, koniecznie trzeba czytać od deski do deski i między wierszami; nie da się przeżyć życia powierzchownymi relacjami; zawsze uważałam, że lepiej mieć wokół siebie garstkę ludzi; ale takich z którymi naprawdę będę rozmawiać, przeżywać i być; a nie takich z którymi bywam, gadam, wegetuje; myślę, że pod tym względem odniosłam sukces; jakimś cudem udaje mi się nawiązywać kontakty z ludźmi wartościowymi, takimi, którzy mnie motywują, inspirują do bycia lepszą osobą; ludźmi, którzy podzielają moje opinie, mój światopogląd; z którymi mogę płakać i śmiać się; na których zawsze mogę liczyć; i każdy kto to czyta może się do nich zaliczyć :)
ależ zbieram punkty.....
bardzo dobrze jest też wiedzieć,że i ja jestem ważna, potrzebna; że nie jestem gdzieś tam niezauważona; zbyteczna;

piątek, 28 stycznia 2011

fairy tales

everyone knows the story of gorgeous prince, some lover-boy; adored by women, craved by them; so he can choose each one but eventually he picks up- so called "Cinderella"; and i always thought i would be the "Cinderella" whan my time comes, and i always felt pity for that girls who where totally into prince; but now it just get to me that i have always been one of them!!! pitiful.... so this is how my fairy tale is going to look like? i must say NO; but as someone said: gravity is not responisble for falling in love; so you cannot actually say no; and stop :) but i couldn't say no for gravity too; :| well that would be all; as to my english- eh! what the hell...who cares if i make mistakes(but if i am please tell me- if anyone reads it)

czwartek, 27 stycznia 2011

aim achived!

muffiny bananowe za mną :) upieczone, pachnące, smakowe; podbiły żołądki domowników...zobaczymy kogo jeszcze; przepis trochę innych więc zamieszczę jak będę mieć więcej czasu;

list od przyjaciela

czemu nie pisze listów; i dlaczego ich nie dostaje? tak bardzo chciałabym dostać list.... otworzyć kopertę i przeczytać zawartość; to tak niewiele; zdecydowanie popieram pisanie listów; może sama zacznę i jak znajdę chwilę czasu to komuś wyśle; jakby ktoś chciał to proszę o adres jakoś;
właściwie to już zaczęłam z listami - napisałam list do siebie;
Droga Kasiu!
Na początku mojego listu chciałam Ci podziękować za zainteresowanie jakim darzysz moją osobę. Twoja analiza moich zachowań zdumiewa swoją przenikliwością i obiektywizmem. Współczuję sesji. Wiem, że jest ciężko, ale naprawdę dasz radę! Poradzisz sobie, nawet jeśli sama nie bardzo w to wierzysz. 
Myślę, że Twoje porównywanie się do innych, ciągła analiza nie jest dla Ciebie dobre. Powinnaś dać sobie z tym spokój. Przecież nie uczysz się dla innych. Wiem, że uważasz, że pomimo tego, iż Ty sama uczysz się dużo to inni i tak, pomimo mniejszej ilości czasu spędzonej nad notatkami, osiągają lepsze wyniki. Zapewne zżera Cię zwykła, ludzka zazdrość- tak, tak: zazdrość. Ale nie martw się, nie będę Cię za to potępiać; jakieś mechanizmy obronne musisz mieć. Co do obaw związanych z niską efektywnością Twojej nauki: By-zy-dura! Uczysz się tak samo efektywnie, tylko za dużo myślisz o tym czego nie umiesz. Weź się w garść Kasiu! Nic samo nie przyjdzie. Nauczysz się tego co masz się nauczyć. Napiszesz co masz napisać. I będzie ok. Siebie nie przeskoczysz. I pamiętaj, nie jesteś gorsza od innych. 
Zawsze będę w Ciebie wierzyć. Nigdy o tym nie zapominaj. I przestan żyć złudzeniami. One nie pomogą Ci budować szczęścia. 
Acha, jeszcze coś: Szczęściem dla siebie jesteś Ty sama. Musisz się tylko wyzwolić ze swoich przytłaczających przekonań. 
Powodzenia! Kocham Cię; 
Twoja K.
i taki oto liścik dostałam w poniedziałek; z wielką przyjemnością go przeczytałam; i za każdym razem, kiedy go czytam, to się uśmiecham; i chyba zadedykuję go wszystkim kochanym ludziom, którzy we mnie wierzą i są obok, nawet wtedy, gdy ja o tym zapominam:)

piątek, 21 stycznia 2011

coś we mnie siedzi...i mnie niepokoi; odczuwam to fizycznie; i niestety nie mogę tego rozgryźć; może to zbliżająca się sesja?! a może przeciążenie szczęściem?! oby nie to drugie; już dawno nie czułam się taka szczęśliwa jak ostatnimi dniami, dziś ogromna radochę miałam z zakupów na kleparzu i gotowania zupki.... mniam:)
niby mam wszystko pod kontrolą, ale coś mi się wymyka gdzieś cichaczem chyba; piątek wieczór w krakowie choć nie mam jutro rachunkowości...już nie będę jej mieć... sesja; muszę się pouczyć... taki miałam plan: zostać w krk, wyuczyć się  całego materiału i spokojnie podejść do sesji; ale nie wiem czy jutro nie pojadę do domu; w środku krzyczę;
z innej bajki: czytam sobie właśnie książkę "O człowieku, który chciał być szczęśliwy"; książka baaardzo inspiruje; w sumie to jest książka, którą trzeba przeczytać kilka razy i ja na pewno tak zrobię; wszystko w tej książce jest maksymalnie ciekawe; ostatnio byłam pod wrażeniem placebo; w książce to jest a propos wiary, przekonań ludzkich; byłam w szoku, bo okazuje się, że ludzie naprawdę zdrowieją lecząc się substancją neutralną; były nawet badania nad ludźmi chorymi na raka i Ci którym podawano zamiast chemioterapii własnie placebo do tego stopnia wierzyli w cudowną moc "tabletek" że stracili włosy! a! i największy szok: jedna kobieta chorowała na raka; zrobiono jej czterokrotne badanie, za pierwszym razem i trzecim wynik był pozytywny, za czwartym i drugim negatywny; co się okazało?! kobieta miała rozdwojenie jaźni; jedna jej "część" była chora podczas, gdy druga całkowicie zdrowa! zamiany następowały w trakcie trwania badań;
i pomyśleć, że tak wiele zależy od naszej psychiki, wiary w nasze przekonania; teoretycznie wszyscy możemy być szczęśliwi....
więc dlaczego nie jesteśmy?

środa, 19 stycznia 2011

Emily Dickinson

Hope is the thing with feathers
That perches in the soul,
And sings the tune without the words,
And never stops at all,
And sweetest in the gale is heard;
And sore must be the storm
That could abash the little bird
That kept so many warm.
I've heard it in the chillest land,
And on the strangest sea;
Yet, never, in extremity,
It asked a crumb of me.

and Barry Cornwall

Sit down, sad soul, and count
  The moments flying:
Come,—tell the sweet amount
  That ’s lost by sighing!
How many smiles?—a score?        5
Then laugh, and count no more;
    For day is dying.
 
Lie down, sad soul, and sleep,
  And no more measure
The flight of Time, nor weep        10
  The loss of leisure;
But here, by this lone stream,
Lie down with us, and dream
    Of starry treasure.
 
We dream: do thou the same:        15
  We love—for ever;
We laugh; yet few we shame,
  The gentle, never.
Stay, then, till Sorrow dies;
Then—hope and happy skies        20
    Are thine for ever!

wtorek, 18 stycznia 2011

hugs c.d.

maybe it is too expensive? maybe i am too expensive?
hmm... jakby się nad tym głębiej zastanowić to może, to i jest prawda; może sama stworzyłam sobie taki obraz siebie, który jest nie do przeskoczenia; wywołujący taki dystans; a dodatkowo sama z siebie ludzi nie przytulam; nie jestem taka otwarta i spontaniczna; i właśnie to wszystko razem sprawia, że jestem "za droga"; a w ogóle to fenomen zwykłego przytulania zdumiewa mnie odkąd pamiętam...nie nooooo dobra, nie od zawsze ... :) od niedawna; ale jest fascynujący; wyczytałam gdzieś co następuje: Terapeutka Virginia Satir trafnie ujęła wagę tak prostej i nic nie kosztującej czynności, jaką jest przytulanie: „By przeżyć, trzeba nam czterech uścisków dziennie. By zachować zdrowie, trzeba ośmiu uścisków dziennie. By się rozwijać, trzeba dwunastu uścisków dziennie”; zgodnie z tym nie powinnam nawet żyć;
oczywiście nie każdy rodzaj przytulania aprobuję; jak każdy gest, i przytulanie może być nieszczere; kiedy czuję, że ktoś stoi dwa kroki ode mnie i ledwo dotyka mnie rękoma no to, przepraszam bardzo, ale to tak jakby mi ktoś mówił: nie jesteś wystarczająco dobra, żeby Cie przytulić; albo że jestem roznosicielem zarazków i nie można mieć ze mną dłuższego kontaktu; to samo jest z podawaniem dłoni; no jak ktoś mi serwuje takiego "śledzia" to mnie trafia i na pewno taka osoba traci w moich oczach; (jednak zbyt cenie sobie pewność siebie i konkretność, zdecydowanie;)
i jeszcze coś ciekawego wyczytałam, że więcej dla nas pożytku z tego, gdy to my kogoś przytulamy; niż z tego gdy inni przytulają nas;  jakie to miłe uczucie, gdy możemy komuś przekazać trochę pozytywnej energii; i to zarówno, gdy chcemy się nią podzielić, dzieląc radość bliskich; jak też wtedy, gdy chcemy przekazać promyczek szczęścia komuś kto akurat ma niedobór :) gdybym była bardziej odważna każdej bliskiej osobie serwowałabym na dzień dobry i do widzenia uścisk;
przytulanie powinno być "rozdawane" jak uśmiech czy porcjowane jak codzienna dawka pożywienia;....
a propo też gdzieś czytałam, że potrzeba przytulania jest równie silna co głodu, a nawet silniejsza.... w ogóle o ja powinnam mniej czytać a więcej się uczyć...<hmmm>

niedziela, 16 stycznia 2011

Muffiny

jedne z moich ulubionych ciastek... łatwe, szybkie i przepyszne... prawie zawsze się udają...a nawet jak się nie udadzą, to można powiedzieć, że takie miały być :) ostatnio upiekłam sobie z jabłkami i rodzynkami...pyszota... jak dla mnie mają tylko jedną wadę: trzeba  mieć specjalne foremki, żeby wyszły naprawdę muffinkowe muffinki;  sama idea ciasta... łatwa nawet dla totalnych amatorów nie spotkała się z moją aprobatą, ale po wykonaniu pierwszej porcji... zmieniła swój stosunek o 180 stopni; teraz nawet jak mam tylko chwilę czasu to je piekę... bo są dobre i na drugie śniadanie i na przekąskę i do herbaty vel kawy... moje ulubione: z malinkami..ale świeżymi... więc o tej porze roku muszę obejść się ślinką;
właściwie jedną z największych zalet tych pyszności jest to, że mając przepis podstawowy można do nich dodać przeróżniaste dodatki; i tak ja np robię muffinki; z tego co mam w kuchni; choćby to były same rodzynki...uwierzcie też są "smakowe" jak by to mój brat powiedział; to jeszcze zamieszczam moją kulinarną motywację... a raczej  kolejny cel... muffinki bananowe..już mi ślinka cieknie:)
Składniki na 12 muffin:
*125g masła
*160g cukru pudru
*1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (dałam aromat)
*3 dojrzałe banany
*4 łyżki kwaśnej śmietany
*2 jajka
*1 łyżeczka sody
*1 łyżeczka proszku do pieczenia
*300g mąki
*50g czekolady mlecznej posiekanej

here comes the sun...

ostatni dzień mojej rachunkowości...przede mną tylko dwa egzaminy i będę panią księgową...
gdzie te dwa lata umknęły? pamiętam jak zaczynałam tą szkołę, zastanawiałam się co ja najlepszego zrobiłam: wszystkie weekendy w Krakowie, spędzone na nauce; niedzielne wstawanie o 6 rano...! i nawet się nie zorientowałam, że te dwa lata minęły; po raz ostatni opuszczałam mury zespołu szkół na hucie... z pewnym sentymentem chyba... na pewno będę miło wspominać nasze "koleżanki",bo chyba nigdy się nie przestawię by nie mówić do nich per ty; ech... kolejny etap życia za mną;
w sumie to ciężko mi uwierzyć, że to już koniec, że będę mieć weekendy wolne; trudno mi to przełknąć; chyba muszę dostać jakiś dowód-np świadectwo bo inaczej nie uwierzę; ale tęsknić raczej nie będę; po prostu muszę sobie załatwić jakąś pracę na weekend albo inne zajęcie, i będzie ok...
dostrzegam u siebie ostatnio nieumiejętność odpoczywania; dziś np wróciłam ze szkoły...zjadłam obiad... i chciałam sobie odpocząć bo nie widziałam sensu w uczeniu się po całym dniu nauki...ale nie mogłam...no cały czas wydawało mi się, że lepiej jak coś zrobię i miałam wyrzuty sumienia, że nawet myślę o tym, żeby nic nie robić... no i uporządkowałam notatki, zrobiłam porządek na laptopie, umyłam talerze, zrobiłam kartkę imieninową i teraz pisze bloga.... żeby przed 22 nie wziąć się za czytanie książki bo to byłoby marnotrawstwo czasu... sama siebie oszukuję... no bo inaczej tego nazwać nie można; przecież nic pożytecznego nie zrobiłam a mówię że nie umiem odpoczywać... chyba umiem... tylko lubię sobie tłumaczyć, że czynności jakie wykonuję dla odpoczynku, to tak naprawdę są pożyteczne :D
dobrze przynajmniej, że sama przed sobą się do tego przyznaję..ale nikomu o tym ani mru mru...

piątek, 14 stycznia 2011

czytałam dziś wywiad z prof. Miodkiem; tak, tak, to ten od języka; pięknie mówił o miłości do swojej żony; podobno słowo "kobieta" pochodzi z jakiegoś tam dialektu i oznacza kogoś kto lubi się przytulać :) dosłownie; bardzo mi się to spodobało, i chyba dużo w tym prawdy; popatrzmy na matki i ojców...kto częściej przytula dzieci? u mnie w domu mama, zdecydowanie; i wszystkie ciocie... tato i wujki....almost never ;)
at least i know that my need for hugs is normal; and i also know that it comes from my femininity; what a shame, i never have enough courage to hug everyone i'd like to hug; i should buy for myself a t-shirt called: "I love hugs" but i don't think it would change anything...
right now i'm in the middle of huge mess of my studies; and not really have time for writing, but I consider that as important activity for my mental health which i'm gonna need badly now;
and little something to make me smile...

poniedziałek, 10 stycznia 2011

na uśmiech

oł maj gat!

dlaczego nikt mnie jeszcze porządnie nie schrzanił, za to co pisze na tym blogu??? no ja się pytam, przecież to jest jedno wielkie świadectwo mojej niedojrzałości emocjonalnej; czy ktoś łaskawie kopnie mnie w tyłek na otrzeźwienie?
nie? no cóż, w takim razie kopię się sama.
jak się okazuje studia jednak do czegoś się przydają...ucząc się na psychologię dostrzegłam maluteńki defekt mojego bloga: w całości jest on efektem mojej niedojrzałości; punkt po punkcie, wpis po wpisie...i myślałam że się załamię; ale jednak nie!
kryzys minął, przewartościowanie nastąpiło :) nie wiem co się wczoraj zmieniło, ale poczułam taką ulgę jakby ktoś mi zdjął ołowianą zbroję; w końcu sobie wszystko w mojej główce poukładałam; nie wiem jak długo ten stan będzie trwał, ale mam nadzieję, że jeśli będzie się wahał to przyjaciele sprowadzą mnie do porządku;
nagle wszystko stało się takie proste, jasne i łatwe; wszystko ma sens; w końcu zrozumiałam, że na wszystko przyjdzie czas; że jestem w stanie spełnić swoje marzenia, osiągnąć cele, nawet jeśli nie ma to nastąpić tu i teraz to na pewno kiedyś;
cudowne uczucie, kiedy wiesz, że Twoje życie wcale nie jest bez sensu :)
i tak wydawało mi się, że .. właściwie do tej pory wszystko mi się wydawało; co do mojej osoby, to chyba wcale tak nie jest, że jestem taka beznadziejna; nie jestem! i wcale się za takową nie postrzegam; to wszystko co pisałam do tej pory... no cóż każdy ma chwile słabości; ja miałam "dłuższą chwilę"; i pewnie nie raz jeszcze zabrzęczy mi w głowie; tak to już ze mną jest..zmienna jak pogoda w marcu; ale cóż, z tym muszę się pogodzić, i nie wiem...może to też jakiś pozytyw, ludzie mają ze mną urozmaicone życie...nigdy nie wiadomo kiedy zmienię zdanie:)
co się nagle zmieniło? chyba  pomógł Kubuś [kochany mój] i Kłapouszek[jeszcze bardziej ukochany]. Obaj panowie uświadomili mi kilka spraw; po pierwsze: muszę akceptować siebie taką jaka jestem; po prostu; nie mogę cały czas myśleć o tym ,co powinnam zmienić; owszem, są pewne cechy [moje ukochane wady] nad którymi muszę pracować; ale popatrzmy prawdzie w oczy: jest mnóstwo ludzi na świecie, którzy nawet nie zdają sobie sprawy jak beznadziejni są a kompletnie się tym nie przejmują; więc dlaczego ja mam się wpędzać w kompleksy;
po drugie: to JA SAMA jestem odpowiedzialna za swoje szczęście; nie moja rodzina, nie przyjaciele; to ja sprawiam,że jestem szczęśliwa; i mogę być szczęśliwa w każdych warunkach; nie ważne czy jestem sama czy w związku, czy mam mnóstwo pieniędzy czy jestem biedna jak mysz kościelna, czy jestem zdrowa czy chora; oczywiście to wszystko wpływa na moje pojmowanie szczęścia, ale to ode mnie zależy czy uznam ubóstwo za skrajne nieszczęście czy też będę się cieszyć tym co mam; wreszcie to do mnie dotarło!!! i to taka ulga:) niby takie to proste, ale jednak jak się zastanowić to do mnie to docierało dłuuuuugo;
po trzecie: nie muszę ciągle zadowalać innych; przecież to ja jestem najważniejsza; i wiem:brzmi to totalnie egoistycznie, ale tak jest po prostu; jeśli ja nie będę szczęśliwa ludzie wokół mnie też nie będą; [dostrzegłam to przez ostatnie miesiące :\] kolejny raz dziękuje za te słowa; chyba każe je sobie wyryć na nagrobku...zaraz obok: there's more to see...
i zapytanie jakim cudem Kubuś i Kłapouchy  pomogli mi odkryć te prawdy? popatrzcie na Kubusia... jest misiem o bardzo małym rozumku; po prostu jest głupiutki, jest leniwy, łakomy, zazdrosny, często myśli tylko o swoim brzuszku; ale jest najwspanialszym przyjacielem pod słońcem; i każdą jego wadę przyćmiewa szczerość i dobroć kochanego misia; a Kłapouszek... Ci którzy czytali Chatkę Puchatka i Kubusia Puchatka chyba bardziej załapią o co mi biega; bo w książce Kłapouchy jest okropny; smęci, zanudza, jest opryskliwy, nieuprzejmy, ciągle narzeka; ale: i tu drodzy moi w tym ale kryje się wielkie przesłanie: ale każdy mieszkaniec Stumilowego lasu oddałby dusze za osiołka; bo : "Przyjaciele pomagają sobie, być bardziej sobą", tak, tak; okrężną drogą doszłam do tego o co mi chodziło;
acha...grypa... minęła na dobre; don't worry Katie, it's not coming back; i am free from second thoughts and hopless dreams; i have found my hapiness in ME; and let's hope noone is going to take it back from me; unless....i'll decide to give it to samoone special; but than, i assume, it would be double hapiness...

sobota, 8 stycznia 2011

nieeeeeeeeeeeeeeee!

nie, nie będę się oszukiwać, akurat moje marzenia obecne nie mają szansy się spełnić; nigdy nie miały tej szansy; chyba pora zmienić marzenia; albo przestać marzyć;
nie oszukuj się dziewczyno, nie zasługujesz ani odrobinę na takie szczęście, brak ci odwagi.... zwątpienie, frustracja; marzenia są motywujące, ale tylko jeśli istnieje choćby niewielka szansa, że się spełnią;
nie będę bluźnić i nie napisze, że żadne moje marzenie się nie spełniło; bo i owszem spełniło się ich kilka odkąd zeszłam na ten świat;
ale mój obecny stan nie pozwala mi na optymizm; podobnie moja "budująca" samoocena;
oto szara rzeczywistość

Pan od muzyki

W jednym dniu oglądałam dwa filmy; "Miasto aniołów" i "Pan od muzyki"; jeden po drugim; i tylko jeden wzruszył mnie na tyle żeby popłynęły łzy; otóż moje serce podbiły dzieci z zakładu poprawczego; i ich nauczyciel; bardzo sceptycznie podchodziłam do filmu; w  końcu to nie pierwsza taka historia; mieliśmy już Stowarzyszenie; ale o dziwo film naprawdę mnie poruszył; inspirujący; na pewno wrócę do niego jeszcze; przywiązanie dzieci i ich ogromne serducha... ech
tylko tak się zastanawiam na ile moje wzruszenie to film a na ile mój humorek; od kilku dni chodzę taka jakaś nijaka; spać nie mogę; jeść nie mogę; ciągle o tym samym myślę; pewnie grypa...
do tego "wspaniałego" nastroju pewnie przyczyniły się zdjęcia, które wczoraj wywołałam; wspomnień czar...
"Pamięć zachowuje nasze wspomnienia w świeżości. Na tym polega problem z nimi, że pozostają żywe przez tysiące lat, czy nam się to podoba czy nie."  
[Jonathan Carroll „Na pastwę aniołów"] 
no właśnie czy mnie się to podoba? może i podoba; zawsze przyjemniej żyć złudzeniami; ale ale przecież postanowiłam sobie, że nie będę żyć wspomnieniami... tak! wyrównaj kurs na teraźniejszość; acha i koniec z użalaniem się nad sobą; ludzie, przecież to wstyd i totalne dno, którego nie zamierzam sięgać; przede mną bardzo przyjemna niedziela; a za mną pozytywny dzionek i wspomnienia, które motywują do spełaniania marzeń;
"Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka
nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś,
jak potrafimy być nimi jutro?

Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie,
jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia.
Wyjdź mu naprzeciw"
 [Phil Bosmans]
 i tak właśnie będzie!!!

czwartek, 6 stycznia 2011

23:01

myśl

naszła mnie przerażająca myśl; co jeśli ja żyje złudzeniami? mam tą listę tego co w sobie nie lubię; ktoś poddał mi pomysł żeby ją spalić; to jest bardzo dobry pomysł; tak powinnam zrobić, ale chyba nie umiem; jestem z nią emocjonalnie związana; tak sobie o tym myślałam i doszłam do wniosków następujących;
przede wszystkim ostatnimi czasy zbudowałam sobie obraz siebie; i niestety taki obraz mi się spodobał; jest dość wygodny; łatwo nim wytłumaczyć swoje lenistwo; ale pojawia się pytanie: czy to na pewno Ja? czy rzeczywiście taka jestem? przydałyby się w tym miejscu opinie innych o mnie samej; ale tu też pewne pytanie kiełkuje w mojej głowie: czy aby na pewno chciałabym usłyszeć te opinie?
czy ja przypadkiem nie żyje w stanie nieświadomości? czy ja się nie oszukuję?
może ja jestem egoistką, zapatrzoną w siebie na tyle że nie widzę prawdy?
tym bardziej powinnam spalić tą listę; tylko czy jestem gotowa porzucić ten obraz siebie? czy będę w stanie zmienić postrzeganie siebie?
hyyyyy nowa myśl: dlaczego ja się zastanawiam nad sobą? czy to nie jest beznadziejne? gdzie ja się zgubiłam? w co ja się wplątałam? czy ja jeszcze wiem kim jestem? czy może jak Alicja w Krainie Czarów...już nie jestem sobą; szarobure widoki na przyszłość....
może lepiej dać sobie spokój z tym analizowaniem siebie i praniem swoich brudów...może lepiej zająć się życiem?
Ja... ja naprawdę w tej chwili nie bardzo wiem, kim jestem, proszę pana. Mogłabym powiedzieć, kim byłam dziś rano, ale od tego czasu musiałam się już zmienić wiele razy.[Alicja]

środa, 5 stycznia 2011

porządki

zrobiłam porządek wokół siebie i na swoim blogu; był mi potrzebny; w ogóle to ja uwielbiam sprzątać; kurze, pranie, zmywanie, mycie itd to mój żywioł; ta chwila kiedy widzę jak wszystko robi się czyste; trochę do przesady; ale akurat z tym nie zamierzam walczyć; powoli chce dojść do perfekcji; oczywiście rozwinąć skrzydła będę mogła dopiero w swoim własnym domku; tzn jak już będę mieć własne mieszkanie, własną KUCHNIĘ i łazienkę itd; no to wtedy będę płynąć...
chciałabym mieć taki porządek w sobie jaki mam wokół siebie...umieć tak sobie wymieść wszystkie kurze, odkurzyć dywany, zmyć brudne talerze, wymienić firanki, umyć okna; ech gdyby to było takie proste;
niewątpliwie po wczorajszym wyzewnętrznianiu się troszkę mi przeszło... zaś inne rzeczy targnęły się na mój względny spokój ducha....
pewne osoby po prostu proszą się o kopa w tyłek... tak na otrzeźwienie; jak to zrobić żeby zapomnieć? żeby wycisnąć wspomnienia z pamięci, z serca, z umysłu? bo mój rozum wie, jak powinno być ale serce jest zbyt emocjonalne... i żadne tłumaczenia rozsądku niestety nie skutkują; rozum mówi: zapomnij, a serce?...serce się śmieje, szyderca wstrętny; pathetic
Żal mi Ciebie Kasiu...
"Wiem, że nie powinnam dać się ponieść uczuciom, ale nie potrafię inaczej. Zawsze jest ten moment, idiotyczny, ale i przyjemny, i wtedy zaczynam wierzyć w to, co niemożliwe."[Anna, prostytutka, w: Mechanizm serca]

wtorek, 4 stycznia 2011

zaćmienie słońca

od czego by tu zacząć... może od tytułu; dziś było zaćmienie, nieświadoma niczego wyszłam sobie z mieszkania i patrzę: na niebie dziwny "księżyc", oczarowana patrzyłam i nie mogłam oderwać wzroku; potem ktoś mnie oświecił, że to właśnie owo zaćmienie słońca było; piękne;
ile razy patrzymy na coś i nawet nie wiemy na co; a jak często spotykamy ludzi i nie dostrzegamy ich wartości; ile razy zdarzyło mi się nie docenić wyjątkowego człowieka bo "wydawał" mi się nieciekawy; ech...there's more to see than can ever be seen;
w sumie to dziś miałam pisać o czymś innym, ale w sumie równie dobrze mogę napisać o tym; w końcu to ja decyduję o czym chce pisać i jak ma wyglądać mój blog.... a kurczę, a właśnie że będę pisać o czymś innym; bo miałam wrzucić tą listę moją wspaniałą, z tym wszystkim co w sobie nie lubię, ale jak zaczęłam czytać to się trochę wkurzyłam, bo w ogóle to cały dzień mnie męczy myśl przerażająca i własna głupota;
bo czemu niby jest źle że jestem taka melancholijna? no czemu?
odkąd usłyszałam, że jestem mało spontaniczna to cały czas o tym myślę, cały czas mi doskwiera fakt, że jestem NUDNA, (tych słów nie usłyszałam ale jedno wynika z drugiego;) i kurczę co? mam się zmienić? mam wymuszać w sobie bycie nie sobą? mam zaprzeczać temu kim jestem? no bo niby dlaczego? dlaczego ja w ogóle czuję się przez to gorsza?
dlaczego..ech kurczęcie, nie moge, no nie mogę; tak mnie to zżera wewnętrznie
przecież ja nie jestem mało radosna; nie mogę być super spontaniczna; nigdy taka nie byłam i nigdy nie będę, to po prostu nie ja!!!
ja jestem od jesiennej pogody, ja jestem od kłapouchowych rozmyślań, ja jestem sentymentalna; ale to wcale nie znaczy, że ze mną nie można się dobrze bawić; przecież ... ech szkoda słów;
jak jestem taka beznadziejna to nie rozumiem dlaczego ...nie wiem za co ... a może nie ma we mnie nic ciekawego? może żyje złudzeniami? że można mnie polubić, bo nawet moi młodsi bracia uważają że jestem beznadziejna....tzn mało "rozrywkowa"
a taki fajny dzień dziś miałam wystarczyło wrócić do brudów własnej duszy i voila....
teraz... okropnie siebie nie lubię; a miałam pisać o przyjemnościach kina i niezdrowego jedzenia; bleeeeeeee

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Kraków odświeża; przypływ energii niezaprzeczalny; chęci do życia wróciły/czy w ogóle znikły?/
dodatkowo nastrój o kilka kresek podniósł zakup 5 wspaniałych książek w jakże atrakcyjnej cenie 5 złotych! życie jest piękne :D
uzależnienie od drugiego człowieka niezaprzeczalnie ciągnie mnie w dół; pora rozprawić się z kolejnym moim problemem; priorytetem na liście rzeczy, których w sobie nie lubię /trzeba by tą listę też tutaj wrzucić i rozprawić się z każdym punktem po kolei/; mianowicie straszliwie nie lubię w sobie tego, że tak bardzo moja własna opinia o sobie jest uzależniona od innych;
zawsze jestem zdania, że bycie mną nie jest wystarczające, że zawsze muszę starać się bardziej, wyciskać 200%, tylko po to , żeby inni mnie akceptowali; nie umiem sobie odpuścić;
nie umiem po prostu się nie starać; a to staranie to też przeważnie mi nie wychodzi, no bo jak może wychodzić skoro nie pozwalam sobie na bycie po prostu Kasią;
ostatnio staję na głowie, żeby zadowolić innych; żeby tylko ludzie, na których mi zależy mnie lubili; żałosne;
pora z tym skończyć, na pewno nie jest tak, że nikt mnie nie polubi dla mnie samej.... a co jeśli jednak? co jeśli przestanę się starać i stracę wszystkich przyjaciół(piszę jakby ich było nie wiadomo ilu, w sumie to jest ich garstka, ale naj naj naj ludzie pod słońcem, w końcu znoszą moje towarzystwo...)
przecież nie ma we mnie nic niezwykłego, specjalnego, za co można by mnie lubić;
błąd: oczywiście, że jest; Kasiu, zapominasz się; jesteś super!
oż kurczęcie będę musiała sobie o tym często przypominać ;)
i jeszcze cytat mojego ulubionego...
"To ja Kłapouchy... to tylko ja, Kłapouchy."

niedziela, 2 stycznia 2011

dot dot dot

przeczytałam właśnie wszystkie moje posty, nie są może szczytem pisarstwa, ale podoba mi się to co pisze:) na pewno jest to szczere; i trzyma się kupy;
chyba już się nudzę w domu; potrzebuje Krakowa; zajęć, ludzi, samego miasta, i mojej "samowystarczalności";
bo to jest tak, ze jak jestem w krk to czuję się odpowiedzialna za siebie, jestem sama sobie panem, i wszystko jest zupełnie inne; mogę sobie wszystko poukładać i przede wszystkim tam spotykam się z moimi przyjaciółmi:), z moim Kubusiem, Prosiaczkiem, Tygryskiem i ... ;
niech żyje Stumilowy Las!!!

sobota, 1 stycznia 2011

Happy New Year

nowy rok; mój rok; nowe możliwości, nowe marzenia, nowe wspomnienia;
wczoraj czytałam artykuł o czasie, o tym jak często ten czas marnujemy; albo raczej jak nie umiemy go wykorzystać; no i ja się tu raczej niczym nie wyróżniałam, jak dotąd; w skrócie autorce chodziło o to, że nie umiemy żyć tu i teraz; albo żyjemy przeszłością albo przyszłością; pijąc herbatę myślimy o pracy, którą mamy wykonać, pracując myślimy o książce, którą będziemy czytać; albo w drugą stronę: żyjemy wspomnieniami i teraźniejszość nam umyka; w ten sposób nie umiemy ani pracować, ani pić herbaty ani czytać, bo wszystko co robimy "przelatuje nam przez palce"; bo przecież nie żyjemy przyszłością ani tym bardziej przeszłością; żyjemy teraźniejszością;
oczywiście nasze wspomnienia są ważne, konstytuują to kim jesteśmy, a nasze marzenia i plany określają kim chcemy być; dają nam motywację do działania; jednak to nie wspomnieniami i marzeniami mamy żyć;
dlatego moje postanowienie noworoczne jest następujące: żyć teraźniejszością, nie zamykać się w marzeniach i nie zatapiać we wspomnieniach :)
zobaczymy co mi z tego wyjdzie; ostatnio poległam totalnie pod tym względem; codzienność opierała się na marzeniach; szczególnie w grudniu a potem wiadomo jak się to skończyło: płaczem w poduszkę;
kolejne postanowienie: polubię siebie; kiedyś przeczytałam: "jesteś fajną dziewczyną i wszyscy Cię lubią za to, jaka jesteś :) dlaczegóż więc Ty nie mogłabyś się za to lubić" - dziękuje bardzo za te słowa temu komuś, (a ciekawe swoją drogą czy ta osoba je kiedyś przeczyta na tym blogu)
ciągle chce mi się płakać jak je czytam; nigdy bym tak o sobie nie pomyślała;
ostatnio chyba zgubiłam siebie; zgubiłam siebie w naprawianiu swoich wad; jakoś ciągle słyszałam o brakach; o tym co powinnam naprawiać; a zapomniałam o tym, za co ludzie mnie lubią, i że w ogóle mnie lubią (mimo, że nie jest to jakiś wielki tłum), oczywiście najbardziej zabrakło chyba mojego własnego głosu;
a przecież jeśli ja nie będę szczęśliwa, ludzie wokół mnie też nie będą szczęśliwi :)- słowa kolejnej kochanej osoby, za które bardzo dziękuje;
a więc: Kasiu, do dzieła. Bądź szczęśliwa, bo tylko od Ciebie zależy czy taka będziesz;