środa, 30 listopada 2011

Zaułek łgarzy, Robert McLiam Wilson

"Patrzę na niebo. Niebo patrzy na mnie. (...) Kosmos zstąpił o stopień bliżej nas. Współczesne niebo jest ciasno owinięte wokół ziemi, jak bibułka na pomarańczy. Podnosząc głowę, człowiek sam nie wie, co jeszcze tam zobaczy. (...) Noc straciła dystans, tajemniczość  i urok. Rozpościera się tuż nad głową, zwyczajna i nudna."
Książka inna niż wszystkie. Bardzo "rozciągnięta". Bogaty język i mnóstwo porównań. Często zbyt dosadnych. Jednak na tyle dowcipnych by nie raziły wulgarnością. Skończyłam książkę wczoraj. Dziś mi jej brakuje. Bardzo urokliwa i przesiąknięta melancholią. Londyn nocą przyciąga i zaskakuje romantyzmem.
Bliżej nieba, bliżej gwiazd, bliżej ziemi, bliżej życia. Najbliżej człowieczeństwa.

niedziela, 27 listopada 2011

kawowe paluszki

z: "Świąteczne ciasteczka"
10 g kawy ziarnistej-zmielić
1-2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej rozpuścić w łyżce gorącej wody
200 g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
100 g cukru
cukier waniliowy
żółtko
2 łyżki mleka
100 g masła
Mąkę rozmieszać z proszkiem do pieczenia. Dodać kawę(ziarnistą i rozpuszczalną) oraz resztę składników. Wymieszać mikserem z końcówkami do mieszania(to są takie dwie spiralki) na najniższych a potem najwyższych obrotach aż składniki połączą się w taką kruszonkę. Następnie ciasto przez chwilkę zagniatać na stolnicy posypanej mąką. Ciasto podzielić na 8 części. Z każdej formować cienki wałeczek. Wałki zawinąć w folię i włożyć do lodówki na 1-2 godziny. Po czym każdy wałek podzielić na 5-6 mniejszych kawałków. Układać ciasteczka na blaszce. Piec 15-20 minut w 180 stopniach. Po wyjęciu, kiedy są jeszcze gorące, do każdego ciasteczka wcisnąć małe czekoladowe "ziarnka kawowe" albo małe kawałki czekolady. Smacznego :)

no sweets

mam postanowienie na najbliższe 4 tygodnie: nie jem słodyczy pod żadną postacią! bardzo tego potrzebuje więc trzymam za siebie kciuki, jeszcze nie zdecydowałam czy przerwę moje kulinarne wyczyny przez ten czas, możliwe że nadal będę piec dla innych; chociaż nie wiem jak bardzo utrudni mi to mój post; przez pierwszy tydzień nie będzie różowo, ale mam kawę więc może jakoś dam radę; poza tym jestem w krk cały tydzień co znacznie ułatwia sprawę; wczoraj nie obeszło się bez pieczenia, aczkolwiek nie wiem czy gdybym wiedziała, że to moje ostatnie słodkości przed 4-tygodniowym postem to czy bym nie upiekła czegoś bardziej ekstra :)
bo to dość nowe postanowienie, dzisiejsze; tak więc wczoraj były tylko beziki i ciasto mleczne; beziki swoją drogą całkiem dobre; znalazłam przepis w mojej książce; i oczywiście pozmieniałam to i owo; no i piekłam jeszcze chleb z różnymi pysznościami w środku takimi jak otręby, płatki, ziarna; mniam
chleb był z mojego ulubionego przepisu na chlebek domowy;
oooo właśnie zamiast ciasteczek mogę przecież piec pieczywo :D genialnie;
muszę przystopować z słodkimi rzeczami i trochę się oczyścić duchowo i fizycznie; tak miesiąc przed świętami będzie idealnie, no i przed nowym rokiem; żeby go zacząć z nową, lepszą Kasią;
motto na dziś "Moc doskonali się w słabości."

niedziela, 20 listopada 2011

fioletowo

dzisiaj jest w fiolecie; fioletowe rajstopy, paznokcie, sukienka; fioletowo w głowie; chociaż to taki bardziej smutny fiolet; albo melancholijny; jak ja; niczego nie chce, niczego nie potrzebuję; dajcie mi wszyscy spokój i pozwólcie mi zniknąć; chciałabym czasami mieć taką umiejętność- znikania; zapadania się pod ziemie; wtapiania się w tło; a najbardziej zatapiania się w koc; kompulsywne zachowania nie prowadzą do niczego dobrego; książka nie daje pocieszenia; gotowanie zapycha pustkę, której nie da się niczym zapchać; wszystko się sypie i żaden powód żeby być i się starać nie wydaje się być wystarczającym; musiałam napisać tu bo brak english diary daje w kość; (został sobie w krk)
w rytmach kubańskich i fioletowej pogodzie kończę niedzielę;
Kolor fioletowy symbolizuje zainteresowanie sferą duchową, poszukiwanie odpowiedzi na pytania dotyczące naszego życia. Jest kolorem wolności i przestrzeni, oznacza przyjaźń i spontaniczność.

niedziela, 13 listopada 2011

W. Cejrowski, Rio Anaconda

"Zamykam oczy. Otwieram serce. I staję pośrodku wielkiej rzeki. W miejscu, gdzie przyszłość zamienia się w teraźniejszość. Patrzę w dal, tam skąd napływają zdarzenia, gdzie rodzą się losy ludzi..."
Książka, którą czuję...ciągle, pomimo, że już przeczytana. Najsmutniejsza. Najprawdziwsza.
Zaczarowała mnie. Pochłonęła. Niektóre książki czarują; czasem dopiero za drugim razem. Byłam tak oczarowana, że nie mogłam doczekać się  następnej strony. I tak strasznie zawiedziona, gdy doszłam do ostatniej.
Wywołała wszelkie możliwe emocje, z którymi teraz zostałam sama. Tyle myśli, pytań, niezrozumienia, pokładów prawdy i okrutności, nadziei, strachu, realności, magii, światła i cienia. Znalazłam w niej wszystko, czego potrzebowałam, co lubię, co kocham w książkach.
Pan Cejrowski opowiadając czaruje. Uwielbiam jego magię.

upiekłam ciasto; w ogóle ten weekend to spędziłam w kuchni, a dokładnie obok piekarnika; dużo się działo, ale na uwagę zasługuje ciasto herbaciane; bo robiłam je po raz pierwszy, bo ma smak niezidentyfikowany, bo wyszło śliczne, bo mi bardzoooo smakuje, bo się nadenerwowałam i już już miałam wyrzucić, ale postanowiłam jednak ratować, bo szkoda mi było składników; i oto jest, a właściwie to już nie ma...:)
jak je zrobić? wydawało by się, że prosto;
22 dag masła
połową szklanki cukru
cukrem waniliowym
4 jajka
1/2 filiżanki bardzo mocnego naparu herbaty earl grey
11 łyżek mąki ziemniaczanej
11 pszennej  + 2 łyżki
2 łyżeczkami proszku do pieczenia
 100 g rodzynek
bierzemy masła i ucieramy z połową szklanki cukru; (i tu od razu powiem, ze lepszy będzie cukier puder); wraz z cukrem waniliowym; ucieramy, ucieramy, ucieramy i gdy masa osiągnie stan idealnej puszystości, delikatności i kremowości dodajemy jajka po jednym oraz napar herbaty earl grey; ucieramy, ucieramy i dodajemy mąki z proszkiem do pieczenia; mieszamy delikatnie; rodzynki moczymy w gorącej wodzie obtaczamy w 2 łyżkach mąki pszennej; wrzucamy do ciasta; wlewamy do keksówki; pieczemy ok 50 min w 190 stopniach;
po wyjęciu i ostudzeniu polewamy lukrem; i konsumujemy

Posted by Picasa

sobota, 5 listopada 2011

ciasteczka mokka

upiekłam dziś ciasteczka; ile się przy nich namęczyłam!!!bo niestety moja szpryca nie nadaje się do niczego, ale warte są zachodu najpyszniejsze, najdelikatniejsze czekoladowe ciasteczka pod słońcem:D
200 g masła należy utrzeć z 5 dag cukru pudru na puszystą masę; potem dodaje się roztopioną i ostudzoną czekoladę(ja dałam dwie tabliczki plus dwie łyżki mleka do rondelka żeby się nie przypaliło plus trzy łyżki kakao) następnie dodajemy dwie łyżki mocnego naparu kawy; kolejno wsypujemy 200 g mąki pszennej i 50 kukurydzianej(ja zastąpiłam ją ziemniaczaną); jeśli ciasto wydaje się za gęste dodajemy kawy; ciasto przekładamy do szprycy i formujemy okrągłe ciasteczka na blaszce; na każdym układamy migdała lub płatki migdałowe; pieczemy 10 min w 180 stopniach; przekładamy na kratkę i zostawiamy aby ostygły;
potem pozostaje już tylko pałaszowanie:) najpyszniejsze

piątek, 4 listopada 2011

Targi książki

pięć lat w Krakowie i dopiero w tym roku wybrałam się na targi książki; cudowne przeżycie; nic tylko żałować dotychczasowego własnego lenistwa i głupoty; atmosfera bardzo sympatyczna; aczkolwiek troszkę dużo ludzi; i trzeba się przeciskać; ale...wszystko ma swoje ale i jak dla mnie największym "alem" tych targów był Wojciech Cejrowski; nie mam bladego pojęcia co on tam robił bo w żadnej rozpisce go nie znalazłam; i nawet się zastanawiałam czy aby nie zostać do soboty, bo jutro ma być z nim spotkanie; troszkę zawiedziona wybrałam się jednak dzisiaj; idę idę spaceruję podziwiam ogrom książek z otwartą buzią i patrzę: stoi i gada; we własnej osobie pan Cejrowski; nie mogłam przepuścić okazji i chociaż musiałam się zapożyczyć to poszłam, zakupiłam książkę i dostałam: autograf z dedykacją:DDDDDDD teraz jestem seven heaven; i długo w tym stanie pozostanę; uwielbiam tego człowieka! powoli kolekcjonuję jego książki(bardzo powoli; jestem studentką), a od dziś na mojej półeczce stanie egzemplarz szczególny...jejku... postawiłam sobie książkę na środku regału, stoi sobie tam i patrzy na mnie a ja na nią; "wiem, wiem, już się biorę za czytanie";
niesamowite, jak taka mała rzecz może człowieka ucieszyć;
w domu to już chyba mają mnie dość bo chodzę od paru godzin i jak nakręcona gadam im o tej książce; moje wnętrze skacze z radości; widziałam mojego podróżniczego guru na żywo!!! i podpisał mi książkę!!! i specjalnie dla mnie podpisał!!! wyszczerzam zęby już od paru godzin i nie umiem przestać; a tak sobie w niedziele myślałam, że bardzo bym chciała kupić sobie właśnie kolejną książkę tego autora, (bo Gringo...już mam) a tu: niespodziewajka; mam i książkę i autora spotkałam; a on taki kochanieńki jest; i był boso!!!
:DDDDDDDDDD