Eric Emanuel Schmitt. Jedna z moich książkowych rewelacji. Poznałam go zachęcona przez pewną osóbkę, która to osóbka umożliwiła mi dostęp do książek owego autora. To była miłość od drugiego wejrzenia. Bo pierwsze gdzieś tam przeszło i umknęło niezauważone. Tym pierwszym spotkaniem był "Oskar i Pani Róża". Książka przeczytana kilka lat temu, wiem że się mi podobała ale chyba jakoś przeszłam nad nią do porządku dziennego. W tym roku jednak przeczytałam ją ponownie i sięgnęłam po kolejne książki tego autora. Za każdym razem czytam je z zapartym tchem, odrywając wzrok od literek jedynie w razie katastrofy, takiej jak brak herbaty w kubeczku.
Schmitt ma w sobie coś magnetycznego. Jego książki zmuszają do myślenia. Do zastanowienia się nad światem. Takie książki lubię najbardziej. Dzięki którym patrzę na otaczającą mnie rzeczywistość z troszkę innej perspektywy, dzięki którym widzę świat inaczej niż do tej pory, które zwracają uwagę na to, co niedostrzegalne albo pomijane na co dzień.
Taka właśnie jest książka, którą znalazłam na bibliotecznej półeczce. "Kobieta w lustrze" E.E. Schmitta. Tomisko konkretne. Lektura, która dostarcza przyjemności przynajmniej na dwa wieczory. Zaczynasz czytać i Cię pochłania. To jedna z tych nielicznych pozycji, które czytam do późna w nocy a potem wstaje wcześnie rano, żeby dokończyć. To jedna z tych książek, której nie da się opisać. Przynajmniej ja nie umiem i nie chce. Są takie książki, których nie da się zamknąć w kilku słowach opisu. Kilku zdaniach recenzji na końcu książki. Owszem recenzja jest. Opis też. Ale szczerze: nigdy bym po tą książkę nie sięgnęła sugerując się tylko i wyłącznie opisem na okładce. Przyciągnęła mnie magia nazwiska autora. Kto jeszcze nie czytał gorąco polecam. Dla mnie to książka o fascynujących kobietach, szukaniu siebie, swojego miejsca w świecie, potędze naszego umysłu, podporządkowaniu normom społecznym ale też wyrwaniu się z tych norm. Zachwycona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz